Archive for Czerwiec 2011

Pewnie już nie zrobimy tego filmu :(

Od kilku miesięcy z grupą przyjaciół usiłuję stwrzyć film o absurdalności istniejącej na styku Rzeczpospolita Polska i Karta Praw  Podstawowych. W dzisiejszej Wyborczej wyczytałem, że absurd zniknie. Cieszy mnie to jako obywatela, ale martwi jako twórcę filmu. Nie będzie już sensu robić tego filmu, a zapowiadało się tak ładnie…

Najpierw po długich zmaganiach z oporną materią dźwięku i obrazu powstał Szkic. Jest on długi, nudny i źle zrobiony. Bardzo go lubię.



Potem Paweł sprawił, że zaczeliśmy zbliżać się do czegoś co nazywa się filmową sztuką, powstało demo wersja 0.6.



Mieliśmy napisać scenariusz. Minister Sikorski pisze lepszy…

Niesmak.

     Wrocław został Europejską Stolicą Kultury. We Wrocławiu działał Fryzjer znany specjalista od „ustawiania” wyników piłkarskich meczy. Ma godnych następców. Sprawa jest tak niesmaczna, że nie ma się co rozpisywać.

Zalegalizować eutanazję! – to jedyny wniosek z tej obleśnej sytuacji.

 

 

Pomarańczowa Alternatywa (pismo) w nowym domu :)

Tu od teraz będzie publikowana Pomarańczowa Alternatywa.  Po 30 latach wznawiamy wydawanie tego surrealistycznego pisma. Na początek cztery kolejne (po reaktywacji) numery, które zostały opublikowane w innych miejscach sieci.

Pomarańczowa Alternatywa

Pismo Ruchu Nowej Kultury

rok XXX nr 1 (XVI)

Wszyscy Proletariusze bądźcie piękni!

Od Redakcji.

Wolność nadal jest komfortem, a liczba nieszampańskich kanałów, w których pływają ludzie wzrosła stwarzając pozory możliwych wyborów. Wszystko opakowane w przepiękne foliowe metalizowane torebki promocji, obwiązane wstążeczkami pijaru i nadętej kompetencji. Wolność nadal jest komfortem, nieskutecznym komfortem niewoli. Zaćmione umysły miłośników fontann (czasami multimedialnych) usiłują zawłaszczyć dziedzictwo Pomarańczowej Alternatywy, oswoić je, zapakować i sprzedać ku uciesze znudzonych turystów… Deklarujemy wojnę. Totalną wojnę między krasnoludkami a twórcami ogrodowej, fontannianej, sztuki przepełnionej słowotryskiem i laniem wody. Dzisiaj państwo mieniące się demokratycznym narzuca kłamliwą ideę wolności sztuki, rewolucji w sztuce. Finansuje z pieniędzy płaconych przez obywateli przedsięwzięcia podejrzane. Panie Dutkiewicz, Prezydencie miasta Wrocławia, my twórcy Pomarańczowej Alternatywy jeszcze żyjemy i nadal reprezentujemy przesłanie wolności, o które walczyliśmy w latach osiemdziesiątych. Pański magistrat o tej wolności i walce nie ma żadnego pojęcia. Przewodzi Pan sile, która próbuje zawłaszczyć dorobek nasz i naszych przyjaciół, rozmienić go na drobne, oswoić. Do waszych znomenklaturyzowanych mózgów nie dociera nic z naszego przesłania. Wiecie jedynie, że nasze działania były znane w świecie. Że są doskonałym pretekstem do organizacji urzędniczych wycieczek na koszt podatnika. Nie zapominamy o kosztach i jakości waszej zabawy w Expo. Swoje prawa będziemy egzekwować bezwzględnie, nie zwracając większej uwagi na piski dziennikarzyn na Pańskiej smyczy. Jeżeli nie pozostanie nam nic innego, zastosujemy Voodu i Goecję. Radzimy po raz ostatni – przestańcie nas okradać.

Po latach…

Nie ma kata, nie ma bata, mamy Vata, mamy Vata. Mamy Pita, mamy Cita, a o zdanie nikt nie pyta. Czasem mamy też kredyta. Pogoda jest znakomita. Mamy Zusa, mamy Krusa. Oj, bez Zusa nic nie rusa. Wolny rynek… wolny rynek, nie dla chłopców, nie dla dziewczynek. Wolny rynek jest dla świnek. Dla pazernych świnek jest!

Czy się spowiadacie przy bankomacie? Czy jakiś debet na koncie macie? Czy się spowiadacie w komisariacie? Czy coś kryminalnego na sumieniu macie?

Nie ma kata, nie ma bata mamy Vata, mamy Vata…

A afera i reforma to jest nasza polska norma

A reforma i afera…

nóż w kieszeni się otwiera!

Metody bez Cyryla.

Cały świat można doskonale opisać liczbą cztery. Cztery pory roku opisują czas, cztery kierunki geograficzne opisują przestrzeń. Cztery twarze Światowida umożliwiają tworzenie nieskończonej ilości teologii, a cztery elementy, syntezę różnorodnych chemicznych substancji. Do opisu socjotechnik liczba cztery też nadaje się doskonale. Każda metoda oddziaływania na życie społeczne jest wypadkową przymusu, manipulacji, racjonalizacji i unaocznienia, a ocena etyczna takiej metody jest ściśle związana z proporcjami w jakich te cztery prymitywy socjotechniki w owej metodzie się komponują. Najbardziej moralnie podejrzany jest przymus gdyż często sprowadza się do brutalnej siły fizycznej i zawsze mu towarzyszy zadawanie niewolniczego cierpienia. Manipulacja czyli podstęp opiera się, podobnie jak racjonalizacja, na czterorakiej Prawdzie (święta prawda, prawda, prawda statystyczna i gówno prawda) lecz w przeciwieństwie do tej ostatniej, sprytnie podmienia plusy minusami, minusy plusami gdyż celem jej jest dezorientacja ludzi, którymi przy pomocy manipulacji usiłuje się sterować. Jest to metoda małego druku na finansowych umowach, reklamy różnorodnych towarów, które bez podstępu nie miałyby nabywców, wyborcze sondaże biur badania opinii społecznej z ich efektem „śniegowej kuli”. Jest tworzeniem złudzeń i iluzji. Racjonalizacja nie podmienia prawd kłamstwami. Stara się być metodą jak najbardziej uczciwą, lecz nie zawsze jest to możliwe. Silnymi przeszkodami są ideologie tworzące zestaw nieuświadomionych założeń i to, że „prawda w oczy kole”, a litość bywa bardzo silnym motywem w postępowaniu. Najtrudniejszą i najbardziej niewdzięczną w zastosowaniu jest metoda „dawania przykładu”. Unaocznienie. Jest potencjalnie najbardziej etyczną metodą (choć przykład może być „złym” przykładem), ale też jest obarczone najwyższą dozą niepewności co do swoich skutków.

Zagadka

Co (na gruncie powyższego wywodu) odróżnia Trickstera od Freakstera?

Ponieważ nie ma żadnej nagrody, odpowiedź na to pytanie służy ono jedynie rozbudowaniu zasobów słownikowych odpowiadającego.

Powieść w odcinkach.

Jedzie Marek na rowerze, jedzie mu się po cholerze. Już dojechał do Ratusza. Nic na nikim nie wymusza. Lecz z uśmiechem godnym króla nad kulturą się rozczula. Bo to miasto kiedyś miało rój plastyków. Rój? To mało! Dziś pracują w ateemie (tak upadło ludzkie plemię). Z polecenia paru mend, wciskają nam prodakt plejsment. No bo z tego miasta dorsy grały kiedyś nie dla forsy. Dziś koncert sponsorowany przez badziewia (mać!) reklamy. Bo poeci tego miasta pili bimber, a nie piasta. Gdy padali na trotuar, Pan Bóg muzą ich otulał i rzucali wiersz na ściany nie slogany do reklamy. Nad tym wszystkim myśli Marek jakby stanął mu zegarek. Zegar stanął! Zegar stoi! Marek swoje myśli doi. Tak… o braku zrozumienia… że tu Franek.. a tam Gienia… Nagle czas ruszył z kopyta. Idzie świta znakomita. Panie dźwięczą bucikami, wymachują wachlarzami, a Panowie u ich boku w oczach mają wielki spokój. Lecz ten spokój jest pozorny, pozorny jest krok dostojny. Jest w ich sercach wielka troska, bo nagle Istota Boska przybyła im do Ratusza i nie wiedzą jak się ruszać. I nic na to nie poradzą – Marek wygrał, Marek władzą…

CDN

Niniejszy numer Pomarańczowej Alternatywy przygotowany i zredagowany został przez Majora i Rotmistrza.

Pomarańczowa Alternatywa

Pismo Ruchu Nowej Kultury

rok XXX nr 2 (XVII)

Wszyscy Proletariusze bądźcie piękni!

Od Redakcji.

Wolność nadal jest komfortem, a liczba nieszampańskich kanałów, w których pływają ludzie wzrosła stwarzając pozory możliwych wyborów.” Zaczynamy numer XVII Pomarańczowej Alternatywy od tego samego zdania. Którym zaczynał się numer XVI. Po prostu niewiele się w ciągu tych dwóch tygodni zmieniło, magistrat wrocławski milczy zbierając siły do procesowego starcia. Nawet Pan Romaszkan przestał prężyć muskuły swoje i swojej córki. Zresztą, mentalne śledztwo wykazało, że z dużym prawdopodobieństwem przysługuje Mu tytuł Wielkiego Komandytariusza, a tak utytłanej Postaci czym mogą zagrozić podstarzałe krasnoludki z XIV Pułku? Poezja nie może się przecież mierzyć z Pięknem urzędowych Pism wyposażonych w prześliczne meandry paragrafów i przewrotne interpretacje dobrze opłacanych publicznym groszem Adeptów Nauk Prawniczych. Nawet działania z pogranicza czarnej magii nie przyniosły nam ukojenia. Wezwany w trakcie demonicznego, spirytystycznego seansu duch Wieszcza obdarzył nas jedynie przeróbką powszechnie znanej Ody i nie było żadnego sposobu by wygłosił coś na temat:

Oda do mściwości

bez pęt bez słuchu nieposłuszne ludy

mściwości dodaj mi skrzydeł

niech nad własnym wzlecę krajem

w rajską dziedzinę ułudy

tam gdzie spiski tworzą cudy

wuesi potrząsa światem

i obleka w lęków ciemne malowidła

niechaj kto niedoświadczony

wznosząc swe oczy wobec własnych marzeń

stanie na baczność całkiem porażony

i tak widzi świat wydarzeń

jak widok mu narzucony

mściwości ty nad poziomy

wylatuj a okiem stolca

spisków całe ogromy

przeniknij z końca do końca

patrz na dół kędy wieczna mgła zaciemnia

obszar gnuśności zalany odmętem

to ziemia

patrz jak nad jej wody trupie

wzbił się jakiś szpieg w skorupie.

jest sterowany poprzez wraże siły

goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,

to się wzbija, to w głąb wali

nie lgnie do niego fala, ani on do fali

z obcych stolic nasłuchuje rozkazu

niby był w wodzie a jest całkiem suchy

to wykształciuchy

mściwości tobie nektar żywota

natenczas słodki gdy z innymi dzielę

serca niebieskie poi moją zemstę

kiedy je razem nić powiąże z błota

razem mściwi przyjaciele

w naszych więzieniach są liczne cele

jednością silni rozumni szałem

razem mściwi przyjaciele

ten jest szczęśliwy kto zajrzał do teczki

jeżeli poległym ciałem

dał innym powód bezustannej sprzeczki

razem mściwi przyjaciele

choć droga stroma i śliska

gwałt i słabość bronią wchodu

gwałt niech się gwałtem odciska

a ze słabością łamać uczmy się za młodu

dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze,

ten młody zdusi centaury

piekłu ofiarę wydrze

do nieba pójdzie po laury

tam sięgaj gdzie wzrok nie sięga

łam czego rozum nie złamie

mściwości orla twych lotów potęga

jako piorun twoje ramię

hej ramię do ramienia spólnymi łańcuchy

opaszmy ubeków kolisko

zestrzelmy myśli w jedno ognisko

i w jedno ognisko duchy

dalej bryło z posad świata

nowymi cię pchniemy tory

aż komuszej zbywszy się kory

zielone przypomnisz lata

a jako w krajach zamętu i nocy

skłóconych żywiołów waśnią

jednym stań się z bożej mocy

świat rzeczy stanął na zrębie

szumią wichry ciekną głębie

a gwiazdy błękit rozjaśnią

a w tej europie jeszcze noc głucha

żywioły chęci jeszcze są w wojnie

oto mściwość ogniem zionie

i w końcu upieprzy komucha

zemsta go walnie swym łomem

i wreszcie będzie spokojnie

pryskają nieczułe lody

i przesądy światło ćmiące

witaj jutrzenko swobody

zbawienia za tobą słońce

Tłumaczyliśmy temu egzoplazmatycznemu bytowi z zaświatów, że w tej chwili nie zajmujemy się polityką na szczeblu centralnym i europejskim , że interesuje nas jedynie kłusownictwo intelektualne prowadzone przez Pana Prezydenta Dudkiewicza i jego zgraną paczkę, ale Duch Wieszcza był nieczuły na naszą krzywdę. Obraził się i w trakcie powolnego rozwiewania powiedział, że koncentruje się na sprawach wielkich, a w małych sprawach takich jak krasnoludki to możemy sobie przywołać ducha Marii Konopnickiej. Próba kontaktu z Duchem Poetki omal nie skończyła się tragicznie. Jakieś błędy w liczonym na szybko tensorze astralnym spowodowały pojawienie się Naszej Szkapy i bardzo rozochoconego Łyska z pokładu Idy. Tylko szybkie rozerwanie kręgu uratowało nas przed totalną dewastacją pomieszczenia, w którym praktykowaliśmy nasze czary-mary. Straciliśmy cztery puszki Tatry Mocnej i trzy Lecha. Trudno podejrzewać o tę kradzież rozerotyzowane duchy klaczy i ogiera, już prędzej sprawcą był Duch Wieszcza albo też stoją za tym długie i pazerne ręce wrocławskiego magistratu.

Powieść w odcinkach (odcinek II)

W odcinku pierwszym Marek przybył do Ratusza, porozmyślał nad Kulturą i w trakcie tych jego medytacji pojawiła się świta znakomitych, aczkolwiek trochę przestraszonych, Postaci.

Czują że wbrew swojej racji mogą ulec degradacji. tak(!) do poziomu penera . Z woli Marka Happenera . Jest to postać tajemnicza , ma, przynajmniej, dwa oblicza . Jedno – ojca łagodnego , a to drugie – surowego . Niby jest, lecz trochę z boku … wojnę niesie czy też pokój? Czas by bankiet przygotować, nową władzę ufetować . Poznać lepiej, rękę ścisnąć . I w pamięci się odcisnąć . Może ze mną by zatańczył? Niejedna, tej myśli niańczy .

W pewnej knajpie, przy Ratuszu lepiej nie nadstawiać uszu . Bo spiskują tam elity . Pomysł mają znakomity . Plotki, kłamstwa, pomówienia, ot, jak Marka w błoto zmieniać . Snują plany tak złowieszcze jakich nie widziano jeszcze . Jak tu by z wybrańca ludu zrobić lepki kawał brudu . Jakby tu przechytrzyć Marka , gdzie jest w jego gardzie szparka . Najważniejszy głośno rzecze : odetniemy mu zaplecze . Trzeba sprawdzić w ipeenie co on robił – ten odmieniec . Może jest na jakiejś liście , wtedy przegrał, oczywiście . Pogrzebali w tych papierach , a tu nic – jasna cholera! Gostek czysty jak lelija , z teczki już nie będzie kija . Nawet coś wygląda na to , że ten gość to jest bohater . Te papiery dobrze schować coś innego sprokurować . Cios, uderzenie totalne w jego życie seksualne . To na pewno da wyniki , popsuje mu statystki .

CDN

.

Pytania, których nie zadamy na trochę przydługich przyjęciach.

  • Dlaczego dinozaury wyginęły, a krokodyle mają się całkiem nieźle?

  • Jak się ma kwadratura koła do skołowacenia skwera?

  • Ile wynosi najmniejsza liczba większa od zera?

  • Czy Adam i Ewa mieli pępki?

  • Skąd pochodzimy, dokąd idziemy, za ile i po co?

  • Jakiej czcionki najlepiej użyć do pisania między wierszami?

  • Czy poniższe oczy mogą kłamać?


 

 

Wdruk

Wdruk jest czymś od czego jest bardzo trudno uciec. Jak można uciec od czegoś czego się nie dostrzega, czego istnienie przejawia się jedynie w sennych koszmarach i poczuciu humoru? Co, jako niewyrażalny aksjomat, kształtuje obraz świata?

oto uzdy nakładanie

uzdy co odczuć powrót dławi

to w niej życie prawdy smak objawia

bez uzdy wracają wrażenia

wrażenia wielorakie miłe i wstrętne

prawdy widziane słyszane dowiedzione

bezpodstawnie fantazyjne wydumane poglądy

słowa w wiedzę grające blask pustki urojeń

wierzenia pulsujące snem powracającym

balastu wspomnień utrudniają zatratę

wytrwałe tęskne sprawdzanie

to prawdziwe oparcie na długi

na nieprzerwany czas do śmierci

bez żalu bez pragnień

poza widziane poza słyszane poza dowiedzione

aż ujrzysz osobę pozbawioną wszystkiego

uczyń poznanie siebie

mądrą jamłużną kim jestem

nie kontempluj bogów

poszukując wrogów

Niniejszy numer Pomarańczowej Alternatywy przygotowany i zredagowany został przez Majora i Rotmistrza.

Pomarańczowa Alternatywa

Pismo Ruchu Nowej Kultury

rok XXX nr 3 (XVIII)

Wszyscy Proletariusze bądźcie piękni!

Od Redakcji.

Okazuje się, że ten rok jest TYM ROKIEM – Wielkanoc niby była taka sama jak co roku, niestety, tylko na niby. Jeden istotny szczegół umknął uwadze publiczności zdobiącej wymyślnie kurze jaja, wypiekającej mazurki i drożdżowe baby. Myjącej okna zbrukane jesienno-zimową słotą. Chrystus w tym roku nie zmartwychwstał. Nie chciało mu się. Dość już miał bycia Barankiem Bożym. Dość już miał gładzenia grzechów tego świata. Nie chciał dłużej oglądać i słuchać ludzi , którzy w jego imieniu zamieniają życie innych w piekło . Przestał wybaczać i zniknął .

Elegant i Warchoł.

Od tysiącleci ludzkość naprawia wiszący nad nią dziurawy dach świata. Bycie w łączności z naturą zamienia się jednak w klęskę natury. Logika ustala jedynie skutki. Arystotelesa dzieli od kwantów przestrzeń czasu oraz rozbicie materii. Bardziej ze strachu niż entuzjazmu odkrywamy świat absurdu, który jest boleśniejszy od paradoksu. Im więcej mówi się o Solidarności tym bardziej widoczny jest jej brak (co więcej, hasła pokoju są przykuwane do kolejnej wojny, a Mur Berliński zastąpiono płotami grodzącymi podwórka). Walka idei została zastąpiona przez konkurencję opakowań. Dzisiaj logika Arystotelesa jest bajką, a logika kwantowa żywicielką przeciwstawnych do bólu światów. Tutaj nie ma wykluczeń, są grudki lub fale świata przypuszczalnych elektronów.

Elegancja i warcholstwo budują świat produkcji i konsumpcji powtórnie oznaczając wszelkie religie. Światy gwałtownych pożądań niszczą iluzję delikatnego dostosowania. Od kiedy wolność stała się komfortem, a komfort produktem, hipokryzja elegancji konkuruje z nagim warcholstwem.

Świat informacji już dawno otworzył się na dialektyczne walki stereotypów medialnych, które służą do jałowej analizy rzeczywistości politycznej, zapewnianiu, że czarny i biały nadal istnieją. (zdaje się to być potrzebą pierwszoplanową). W świecie polityki bywa jak w kwantowej logice. Andrzej Lepper skoczył do basenu polityki na główkę, a Rafał Dudkiewicz został wprowadzony do tego samego miejsca po eleganckiej drabince. Przewodniczący Lepper i Prezydent Wrocławia Dutkiewicz mają podobną percepcję, obaj chcieliby być Prezydentem Rzeczpospolitej. Wnioski, których dostarcza logika kwantowa zależą jednak od narzędzi obserwacji, czyli od komentarzy, długości i pory emisji programu, artykułów i fotografii w magazynach.

Pływanie to główna umiejętność każdego polityka, a warcholstwo lub elegancja to jedynie style takie jak „żabka”, „kraul” lub „motylek”… Dutkiewicz w swojej działalności obywatelskiej jako Prezydent Wrocławia unika problemów jakie mogą pozostawić w jego biurze Wrocławianie, Lepper odnalazł się w polityce jako obwiednia różnorodnych potrzeb i artykułował je blokując szosy, paląc opony czy też wysypując zboże z wagonów kolei żelaznej.

Mimo że z punktu widzenia prostej biologii może zostać dostrzeżony jako groźniejszy pasożyt niż Lepper, Dudkiewicz, na ogół, nie jest tak widziany. Dzieje się tak dzięki umiejętnemu stosowaniu zasady nieoznaczoności, grubym warstwom szminki, pudru i tuszu oraz przychylności redaktora wrocławskiej Gazety Wyborczej pana Sawki. Obecność Prezydenta Wrocławia obok reklamy kremu do golenia czy eleganckiego samochodu zapewnia mu immunitet, nie można go oskarżyć, że jest reliktem. Z góry wiadomo, że świat resztek pokarmów cmentarnych nie znajduje sobie miejsca w Vivie lub Gali. Lepper, niestety, już na samym początku został zaklasyfikowany jako warchoł. Ta arystotelesowska kategoryzacja towarzyszy mu mimo barwności wypowiedzi, które są nieskończenie lotniejsze niż nudne enuncjacje Dudkiewicza. Jednak zasady logiki kwantowej są stosowane w Polsce jedynie do osób wybranych, byli pracownicy PGR-ów są częstowani jedynie Arystotelesem. Czyni to z Leppera zatwardziałego warchoła i pozwala Dudkiewiczowi na uniknięcie podobnych etykiet.

Dzisiaj, kiedy elegancja Prezydenta Dutkiewicza doprowadziła Wrocław na skraj bankructwa, zgrabnie przeskakuje On na inny energetyczny poziom i pouczając Ministra Finansów z tupetem i przytupem tworzy konfederację takich jak on powiatowych dłużników. Wysyła listy do innych gigantów gospodarki. Łagodnie szantażuje rząd zbliżającymi się wyborami. Instrumentarium poznawcze mediów nie zauważa, że Filister ten przestaje mieścić się w wizerunku eleganta, a staje się zwyczajnym warchołem z przyczepionym (aby zmylić widza) ogonem pawia. Nie martwi się o zadłużone miasto wierząc, że gruba warstwa pudru, multimedialna fontanna i redaktor Sawka skutecznie ukryją podwyżkę czynszu, podwyżkę podatków i wzrost kosztów komunikacji miejskiej.

Mimo tych wszystkich problemów Prezydent Wrocławia Rafał Dudkiewicz czuje się świetnie i twórczo. Znając doskonale ułomności i koszta polskiego sądownictwa postanowił w ramach władczej wprawki ukraść krasnoludka Majorowi, a dziedzictwo Pomarańczowej Alternatywy ośmieszyć i upupić na kieliszkach, kubeczkach, podstawkach pod kufle z piwem. Tak stroszeczkowany krasnoludek jest tylko miłą pamiątką z Wrocławia i nigdy już nie spowoduje kwaśnienia mleka, nie naszcza nikomu do wódki. Przewodniczący Lepper jest zbyt uczciwy i prostolinijny na tego typu pasożytnictwo, dlatego też jego polityczna gwiazda przygasła. Prezydent Dudkiewicz ma jeszcze (przynajmniej) jednego asa w rękawie – łącząc w twórczy sposób idee Majora i Leppera ruszy do walki o Pałac Namiestnikowski w krawacie zdobionym krasnoludkami. W tymże krawacie Dutkiewicz zostanie wywieziony na śmietnik historii bo jest pewnym, że istota elegancji Prezydenta Dudkiewicza zawarta jest w
czarodziejskiej formule:”Wyborca nie ma żadnych praw, których by mógł skutecznie dochodzić przed sądem, a Wybrany nie ma żadnych obowiązków, z których bezkarnie mógłby się nie wywiązać.

Powieść w odcinkach (odcinek 3).

W poprzednich odcinkach. Marek przybywa do Ratusza, medytuje nad Kulturą. Część urzędniczych elit godzi się z losem i przygotowuje bankiet, część spiskuje. W IPN znaleziono tylko potwierdzenie bohaterstwa Marka. Spiskowcy wpadają na pomysł kompromitacji Marka jako lubieżnika.

Do burdelu go zwabimy , piękny filmik nakręcimy , jak się dupcy tam z dziwkami , najlepiej Ukrainkami . Potem dobrze to zmontować , w internecie publikować .

Gdy tak swoje spiski snują , papierami wymachują . Rozważają różne ciosy , szwindel, kłamstwo i donosy , Marek wietrząc taką zdradę , zwołuje sztabu naradę . Pierwszy przybył pan w lektyce ten co pieprzne lubi wice . Kolejarz był drugim gościem . Byłby pierwszy, lecz na moście , tuż za uniwersytetem ktoś przewrócił go na beton . i skopaliby sztabowca , lecz moc Marka go podniosła . Dała siłę centryfugi , że uciekli jeden z drugim . Na kraj świata albo dalej … W każdym razie w obce kraje .

Trzeci – gość o wielu nickach , poznawalny po ajpikach . Znany z krótkich wypowiedzi , w których sens nie zawsze siedzi . W radio-taxi wsiadł pod domem , teraz tkwi w korku znajomym . Sytuacja beznadziejna , wokół ludzka menażeria siedzi w puszkach swych zamknięta , trochę zła a trochę śnięta . Oj, karetka na sygnale też się nie porusza wcale ! Wtedy gość o wielu nickach (poznawalny po ajpikach) do kierowcy głośno rzecze : Masz pieniądze, weź człowiecze . Ja tam dalej pójdę pieszo . Pieszo chodzą co się spieszą .

Gorzej ma sztabowiec czwarta , całe życie nie ma farta . To ją mąż nagle porzuci , a to z porzucenia wróci . Dziecko płacze, gotowanie … i do sztabu znów wezwanie . Zapukała do sąsiadki , niepotrzebne długie gadki . Sprawa znana od stuleci , możesz popilnować dzieci? Ubrała czarny pulower . No i wsiadła na swój rower . I jak zwykle miała pecha , nie mogła daleko jechać . Małe szkiełko na jej drodze uszkodziło koło srodze . To z powodu pijanicy – zbił butelkę na ulicy . Czy też dotrze na zebranie ? Sam zadaję to pytanie , ale o odpowiedź trudno gdy wciąż na ulicach brudno . Jak nie szkło to kał od psiny mogą zmienić plan dziewczyny .

CDN

Dziecko Voodoo

(na melodię Jimiego Hendrixa w wykonaniu Milesa Davisa).

Mam taką małą, jednoosobową firmę. Samozatrudnienie. Płacę ZUS i inne podatki. Nakłuwam na zamówienie laleczki Voodoo przeciwników politycznych moich klientów. Za opłatą. Wysoką! Gdyby Palikot zapłacił mi nakułbym laleczkę Jarosława Kaczyńskiego. I na odwrót, gdyby Jarosław zapłacił. Voodoo Child, Baron Sobota zatańczy na waszych grobach. Voodoo Child, Mama Brygidka na nie naszcza. Haiti, wyspa zielona, na Karaibach buja się… Bo ja lubię nakłuwać laleczki przeciwników politycznych moich klientów. Za opłatą. Wysoką!

Niniejszy numer Pomarańczowej Alternatywy przygotowany i zredagowany został przez Majora i Rotmistrza.

Pomarańczowa Alternatywa

Rok XXX, Numer 4 (XIX)

Szorty 1.

-Chyba się Pan zsikał!

-Nie, nie, To Pan.

-A rzeczywiście, przepraszam za pomyłkę .

Wachmistrz

Od Redakcji.

Porzucamy stare, nie będzie to już „Pismo Ruchu Nowej Kultury”. Nie ma takiego Ruchu (a reaktywacja byłaby idiotyzmem). Nie będzie już wezwania „Wszyscy Proletariusze bądźcie piękni”, bo przy obecnych cenach usług stomatologicznych hasło to brzmi ironicznie. Redagowanie Pomarańczowej Alternatywy chętnie oddalibyśmy młodszym, ale z trójki zaproszonych odezwał się tylko Wachmistrz, zatem, w tym numerze nie może dojść do radykalnego przetasowania w redakcji. Za treść tego numeru Pomarańczowej Alternatywy w pełni odpowiedzialny jest Rotmistrz. Major jest zbyt zajęty, co ja, Rotmistrz chętnie wykorzystam aby przedstawić Szanownym Czytelnikom garść moich ulubionych cytatów. Cytatów dlatego, że opuściła mnie wena i nie potrafię stworzyć czegoś nowego (podejrzewam, że w mózgu zostało mi już niewiele szarych komórek), młodsi nie chcą się włączyć, zatem pozostają tylko cytaty (Czy toto co tata czyta cytaty to z taty Tacyta?). Cytaty, czy też fragmenty dotyczą tematów. o których zawsze chciałem coś powiedzieć. Niedotrzymywanie umów, chwilowość sławy, mierzenie wartości, to problemy, które od dawna łażą mi po głowie. Zacznę jednak od dokończenia „Powieści w odcinkach” – pewnie wytrwały czytelnik PA byłby bardzo niezadowolony gdybym tej powieści nie dokończył. Potem moje ulubione fragmenty okraszone od czasu do czasu Szortami autorstwa Wachmistrza i innych wielkich Twórców.

Powieść w odcinkach (część czwarta i ostatnia).

W poprzednich odcinkach. Marek przybywa do Ratusza, medytuje nad Kulturą. Część urzędniczych elit godzi się z losem i przygotowuje bankiet, część spiskuje. W IPN znaleziono tylko potwierdzenie bohaterstwa Marka. Spiskowcy wpadają na pomysł kompromitacji Marka jako lubieżnika. Marek zwołuje naradę swoich najbliższych współpracowników. W związku z ogólnym stanem miejskiej infrastruktury, punktualne przybycie na naradę jest przedsięwzięciem trudnym.

Piątym był faszysta śliczny , śliczny bo ekologiczny . Hodował dwa duże koty , w pracy często miał kłopoty . Właśnie mierzył poziom pyłu , gdy ktoś klepnął go od tyłu . Musisz jechać, mówi facet . Ja dokończę twoją pracę . Widzę że jest pyłu dużo , te wskaźniki źle nam wróżą . Gdy będziemy dalej śmiecić , w śmieciach zdechną nasze dzieci .

Do akcji rusza Joanna. Żadna taka stara panna . co lubuje się w moherze . Nie chce iść na bal w operze, tylko na naradę bieży. Coś Markowi się należy. Na przystanku długo czeka. Kurczę, tramwaj nie przyjechał. Chce skorzystać z autobusu, ale on też wypadł z kursu. Marzyć o taksówkach rzecznych, metrze, rikszach jest zbytecznym zawracaniem sobie głowy. Chociaż projekt jest gotowy. Tak, się dużo o tym pisze. Wreszcie dzwonek rozdarł ciszę. jedzie trójka, więc wsiadamy. Cóż, że biletu nie mamy. Czas nas goni, Marek czeka. trasa będzie niedaleka. A tu horror, dwa kanary , Inkasują szmal od Klary, Koleżanki z pracy Rycha. Niezła z tego wyjdzie kicha, jak mnie złapią, myśli Aśka …i, pomogła jej zdrowaśka. Tramwaj stanął, wyskoczyła, Dalej pieszo już ruszyła . Na naradę sztabu Marka, Happenera, czyli Skwarka.

Gdy sztabowcy się spóźniali , Marek z Panem w szachy grali . Błyskotliwe te gambity , mecz po prostu znakomity . Znakomite są riposty i pułapki niczym osty . W jednej fincie finta druga … potem przerwa (trochę długa) . Pan po głowie się podrapał . i do walki stracił zapał . Że się poddał – bez znaczenia , mat był w czterech poruszeniach .

Wtem Kolejarz wpadł zdyszany – o mało by mnie na glany . Tutaj, zaraz, na tym moście . O wizję lokalną proście . Bo policji jest za mało . Chuliganów trzeba pałą ! Koleś lekko przestraszony , bije w w bardzo głośne dzwony . Zemsty pragnie, bić po twarzach . To się nie powinno zdarzać . Bo dobrze czyli bezsprzecznie po śródmieściu iść bezpiecznie .

W mieście musi być bezpiecznie. Lecz telefon bezskutecznie , dzwonił, dzwonił, dzwonił, dzwonił … Policjantów nikt nie gonił. By wykazać swoją wenę rekrutowali Marzenę. Bo potrzebni są agenci i w towarzyskiej agencji . Marzena lubiła te sprawy . Dla forsy nie dla zabawy . A ten dodatkowy grosik mógł pogrubić troszkę trzosik . Za tym wszystkim był ukryty elit pomysł znakomity . Tych co to w tej restauracji , o Marka kompromitacji przy kolacji spiskowali . To oni Marzenę wybrali . Marzena, seksowna lalka , ma usidlić tego Marka . Rozkochać go i w wyniku zagrać w jednym z nim filmiku . Bo widoczne części rodne dla szantażu są wygodne .

Jakaż to stajnia Augiasza , to miasto, ta chluba nasza! Na szczęście ekipa Marka do boju zbiera się w szrankach. Pan, Kolejarz, Wielonick, Joanna w srebrzystej zbroi. I Tajemnicza Dziewczyna, Ekolog z butelka wina. Z Markiem „Wspaniała Siódemka” przed wyzwaniami nie pęka. Pieśń się baje, czas ucieka, heroiczna walka czeka. ..

Szorty 2.

-Znasz jakiś dowcip?

-Tak. „Pan jest pasterzem moim, nie brak mi niczego”.

Wachmistrz

Robert Anton Wilson „Oko w Piramidzie” (fragment).

Nad rezerwatem Mohawk zapadała noc, ale w półmroku panującym w niewielkiej chacie Hagbard widział, że Sam Trzy Strzały przytakuje temu skwapliwie. Znowu poczuł, że z wszystkich ludzi na świecie najtrudniej pojąć amerykańskich Indian. Od swoich nauczycieli otrzymał kosmopolityczne wykształcenie, w każdym sensie tego słowa, i zazwyczaj nie miał żadnych trudności w porozumiewaniu się z ludźmi wszelkich kultur, lecz Indianie
niejednokrotnie go zaskakiwali. Po pięciu latach specjalizowania się w prawniczych wojnach między rozmaitymi plemionami a Biurem do Spraw Indian i piratami ziemi, którym ono służyło, nadal zdawał sobie sprawę, że wciąż jeszcze nie potrafi ogarnąć umysłowości tych ludzi. Byli albo najprostszym, albo najbardziej skomplikowanym społeczeństwem na całej planecie. Uznał, że być może pasują do nich obydwa określenia i że krańcowa prostota i krańcowe skomplikowanie to jedno i to samo.

-Własność to wolność – powiedział Hagbard. – Cytuję tego samego człowieka, który powiedział, że własność jest kradzieżą. Powiedział także, że własność jest niemożliwa. Moje słowa płyną z serca. Pragnąłbym, abyście zrozumieli, dlaczego biorę tę sprawę. Chciałbym, abyście to w pełni pojęli. Sam Trzy Strzały zaciągnął się fajką, po czym spojrzał swymi ciemnymi oczyma na Hagbarda.

-Chcesz powiedzieć, że sprawiedliwość nie jest tak swojska jak pies, który szczeka w nocy? Że bardziej przypomina nieoczekiwany odgłos w lesie, który należy rozpoznawać ostrożnie, w drodze wielkiego namysłu?


Znowu to samo: Hagbard spotkał się już kiedyś z takim samym konkretnym obrazowaniem, kiedy rozmawiał z Szoszonami żyjącymi na przeciwległym krańcu kontynentu. Na próżno dociekał, czy w swojej poezji Ezra Pound czerpał natchnienie z nawyków językowych, które jego ojciec przejął od Indian –
Homer Pound był pierwszym białym człowiekiem, urodzonym w Idaho. Mowę tę z pewnością trudniej było zrozumieć niż chiński. A pochodziła nie z książek poświęconych retoryce, lecz z wsłuchiwania się w serce – indiańska metafora, której sam użył chwilę temu. Znalezienie odpowiedzi zabrało mu trochę czasu: zaczynał nabierać indiańskiego zwyczaju długiego zastanawiania się przed
powiedzeniem czegokolwiek.

-Własność i sprawiedliwość są jak woda – powiedział w końcu. – Żaden człowiek nie może zatrzymać ich na dłużej. Spędziłem wiele lat w salach sądowych i widziałem, jak zmienia się własność i sprawiedliwość, kiedy mówi jakiś człowiek; przemienia się tak, jak gąsienica w motyla. Rozumiesz mnie?Myślałem, że mam zwycięstwo w rękach, ale wówczas przemówił sędzia i ono mi uciekło. Niczym woda przeciekająca przez palce. Wuj John Pióro skinął głową.


-Rozumiem. Chcesz powiedzieć, że znowu przegramy, jesteśmy przyzwyczajeni do przegrywania. Jerzy Waszyngton przyrzekł nam, że te ziemie będą nasze, „dopóki góra stoi, dopóki trawa zielona”, a potem złamał swoją obietnicę i w ciągu dziesięciu lat część nam ukradł, w ciągu dziesięciu lat, mój przyjacielu! I odtąd już przegrywaliśmy. Zawsze przegrywaliśmy. Z każdych stu akrów,
które nam wtedy obiecano, pozostał tylko jeden.

-Może nie przegramy – powiedział Hagbard. -Obiecuje wam, że BSI dowie się przynajmniej, że tym razem musieli stoczyć bitwę. Nauczę się różnych podstępów i za każdym razem, gdy będę wchodził do sali sądowej, będę bardziej nieprzyjemny. Już teraz jestem bardzo podstępny i bardzo
nieprzyjemny. Mam jednak znacznie mniej pewności siebie niż wtedy, gdy wziąłem pierwszą sprawę. Nie rozumiem już, o co walczę. Mam na to słowo: nazywam to Zasadą Snafu, ale nie rozumiem, czym ona jest.

Nastąpiła kolejna przerwa. Hagbard usłyszał szczękanie wieka kubła na śmieci, który stał w tyle chaty: to hałasował szop, na którego Wuj John Pióro mówił Stary Dziadek i który przyszedł właśnie ukraść swój wieczorny posiłek. Własność to z pewnością kradzież w świecie Starego Dziadka – pomyślał Hagbard.


-Ja również się zagubiłem – rzekł wreszcie Sam Trzy Strzały. – Dawno temu pracowałem w Nowym Jorku na budowach tak jak wielu młodych mężczyzn z narodu Mohawk. Odkryłem, że biali bardzo często są do nas podobni i nie mogłem ich wszystkich jednocześnie nienawidzieć. Jednak oni nie znają ziemi ani jej nie kochają. Zazwyczaj nie mówią z serca. Nie działają z serca. Są trochę tacy jak aktorzy na ekranie. Grają rolę. A ich wodzowie nie są tacy jak nasi wodzowie. Nie są wybierani z powodu prawości, lecz dla umiejętności grania ról. Biali mi to powiedzieli prostymi słowami. Nie ufają swoim wodzom, ale pozwalają im sobą kierować. Wódz, któremu my nie ufamy, jest skończony. Poza tym biali wodzowie mają za dużo władzy. To źle dla człowieka, jeśli jest się
mu zbyt często Posłusznym. Ale najgorsze jest to, co powiedziałem
o sercu. Wodzowie utracili miłosierdzie. Przemawiają z jakiegoś innego miejsca. Działają z jakiegoś innego miejsca. Ale gdzie to jest? Tak jak ty, ja tego nie wiem. Jest to, myślę, jakieś szaleństwo. – Spojrzał na Hagbarda i dodał uprzejmie: –tych, którzy są inni. Jak na niego było to długie przemówienie i w jakiś sposób poruszyło Wuja Johna Pióro.

-Byłem w wojsku – powiedział. – Poszliśmy na wojnę ze złymi białymi ludźmi, tak przynajmniej mówili nam biali. Mieliśmy spotkania, które nazywano szkoleniem. Pokazywali filmy. Miało to nam pokazać te straszne rzeczy, które zły biały człowiek robił w swoim kraju. Każdy był zły po tych filmach i chętny do walki. Tylko nie ja. Ja tam byłem dlatego, ze wojsko płaciło więcej, niż jakikolwiek Indianin może gdzie indziej zarobić. Więc nie byłem zły, ale zdziwiony. Tamten biały wódz nie robił niczego innego, czego nasi biali wodzowie również nie robili. Powiedzieli nam o miejscu, które się nazywa Lidice. Ono było
takie jak Wounded Knee. Powiedzieli nam o rodzinach, które przewożono przez tysiące mil, żeby je zniszczyć. Tam było tak jak na Szlaku Łez. Opowiedzieli nam, w jaki sposób ten człowiek opanował swój naród, tak aby nikt nie odważył się mu sprzeciwić. To było bardzo podobne do sposobu, w jaki biali ludzie pracują w korporacjach w Nowym Jorku, tak jak Sam mi to opisał. Spytałem
o to innego żołnierza, czarnego białego człowieka. Było z nim łatwiej rozmawiać niż z normalnym białym człowiekiem. Spytałem go, co myśli o szkoleniu. Powiedział, że to gówno, i przemawiał z serca. Myślałem o tym przez długi czas i wiedziałem, że on ma rację. Szkolenie to gówno. Kiedy ludzie z BSI tu przyjeżdżają, to jest tak samo. Gówno. Ale pozwól, że ci powiem: naród Mohawk traci swoją duszę. Dusza nie jest taka jak oddech, krew albo kość i może zostać zabrana w sposób, którego żaden człowiek nie zrozumie. Mój dziadek miał więcej duszy niż ja, a młodzi ludzie mają jej mniej niż ja. Ale ja mam dosyć duszy, żeby rozmawiać ze Starym Dziadkiem, który jest teraz szopem. On myśli jak szop i martwi się o naród szopów, bardziej niż ja się martwię o naród Mohawk. On myśli, że naród szopów niedługo wymrze i razem z nim wszystkie narody wolnych i dzikich zwierząt. To jest straszna rzecz i ona mnie przeraża. Kiedy narody zwierząt umrą, ziemia także umrze. To jest stara nauka i nie mogę w nią wątpić. Widzę, że to już się dzieje. Jeśli ukradną jeszcze więcej naszej ziemi, żeby zbudować tamę, umrze więcej naszej duszy i umrze więcej dusz zwierząt! Ziemia umrze i gwiazdy przestaną świecić! Sama Wielka
Matka może umrzeć! – Stary rozpłakał się bezwstydnie. – A tak będzie, bo ludzie nie mówią słowami tylko gównem! Hagbard pobladł pod swoją oliwkową cerą.

-Przyjdziesz do sądu- powiedział powoli – i powiesz to sędziemu, dokładnie tymi słowami.


Szorty 3.

-…szczególnie porusza Pani rola w

”Mam dwie ręce oraz serce”.

Zastanawia nas scena, w której otwiera

Pani drzwi ręką. Co to miało symbolizować?

-To proste. Feudalne zależności z XVII w.

sprawiły, że funkcja

y=ax – g przesunęła rękę o 5 % w stosunku

do wieku poprzedniego.

to miała symbolizować ta scena.

-dziękuję

Wachmistrz

Joanna Kulmowa „Wio Leokadio” (fragment).

LEOKADIA
i sława

Bazie wierzbowe rozwijają się pierwsze, może dlatego są takie gorzkie: słońce nie zdążyło ich jeszcze napełnić słodyczą. Pomimo to Leokadia lubiła wierzbowe bazie, więc kiedy zobaczyła je na rogu ulicy Pegaza, powiedziała .do Alojzego:Kup mi pożegnalne bazie, Alojzy!
Kwiaciarka uśmiechnęła się do Leokadii i zawołała:

Kwiaty, kwiaty sprzedają,
gałązki skrzydlate sprzedaję!
Pierzaste marzenie
po najniższej cenie!
Weź, mój Pegazie,
bazie!

Wtedy Alojzy wyciągnął z kieszeni ostatnie wspólnie zarobione pieniądze i kupił dwadzieścia pięć wiązanek wierzbowych baziek.Co ona mówiła o GAZIE? — zapytała Leokadia, kiedy przeszli na drugą stronę Alei Migdałów.Nie wiem — odparł Alojzy. — PEGAZ to widocznie ktoś, do kogo należy tamta ulica. Widziałaś tabliczkę?Nie mam okularów — westchnęła Leokadia, połykając ostatnią gałązkę. — Szkoda, że tylko dwadzieścia pięć wiązanek, jestem dzisiaj tak POŻEGNALNIE głodna!
Potem zamknęła oczy i szepnęła:Wierzby nad rzeką... Wiatr w gałęziach... Pierzaste bazie... Topniejące lody... Ach, wiem, Alojzy: chodźmy na lody!

I poszli razem do kawiarenki brązowej i złotej, bardzo a bardzo przytulnej. A jednak Leokadia nie miała ochoty wejść do środka, bo chciała wąchać uliczną wiosnę. Więc usiedli sobie we dwoje w kawiarnianym ogródku, który wcale nie był ogródkiem, tylko zagródką, wypełnioną kolorowymi stolikami.Tu powinny być skrzynki z kwiatami — oświadczyła Leokadia. — Pożegnalne bratki bywają bardzo smaczne. Ale i tak jeszcze na nie za wcześnie. Słońce paliło, więc Alojzy wszedł do szatni brązowej i złotej i kupił u Szatniarza gazetę, żeby zrobić sobie z niej czapkę na głowę. Nie chciał, ażeby na jego wspaniałej łysinie wyskoczyły marcowe piegi. To nie pasowałoby do wąsów.Przepraszam pana — powiedział Szatniarz. — Wolałbym, żeby państwo opuścili kawiarnię. Czy nie widział pan napisu: „PSÓW WPROWADZAĆ NIE WOLNO"Właściwie już opuściliśmy — odparł Alojzy. — Siedzimy przecież na ulicy. Ulica jest dla nas odpowiednim MIEJSCEM POSTOJU. A poza tym Leokadia ma dzisiaj urodziny, a poza tym zjeść musimy pożegnalne lody, a poza tym wznieść musimy pożegnalny toast.Ach, więc to jest Leokadia! — zawołał Szatniarz. — W takim razie to zupełnie co innego.

I pokazał Alojzemu zdjęcie na jego papierowej czapce, czyli w gazecie. Była to wielka podobizna Leokadii, a pod nią widniał podpis: „OD JUTRA LEOKADIA IDZIE NA EMERYTURĘ"

Leokadia czekała przy kolorowym stoliku i niecierpliwie postukiwała nogą o chodnik.Gdzie są lody, Alojzy? Mam POŻEGNALNE pragnienie Próbowałam lizać stolik, ale za ciepły.Zachowuj się JAKO TAKO, Leokadio, wszyscy na ciebie patrzą, jesteś sławna jak paryska gwiazda, klacz wyścigowa Rififi!Zawsze zachowuję się JAKO TAKO.Ale dzisiaj rób to PODWÓJNIE. Czy pamiętasz Dziennikarza, który nas fotografował?Tego pana, co bał się podejść do mnie od tyłu?Tego nie należy mu pamiętać, Leokadio! Należy pamiętać, że nie bał się podejść do ciebie od przodu i uczynił cię sławną. Rany chomąta, co ty wyrabiasz, Leokadio?Nie mam przecież okularów — powiedziała Leokadia. — A chcę zapoznać się bliżej z tym, co tu o mnie napisano. Tfu, to niesmaczne!
Ze wstrętem wypluła resztki przeżutej gazety.Rzeczywiście niesmaczne — zgodził się Alojzy. — Napisał, że idziesz na emeryturę. I to w czwartą rocznicę urodzin!A widzisz? To właśnie dlatego, że nie chciał zajrzeć mi w zęby. O, proszę, jakie piękne!
I Leokadia wyszczerzyła ogromne zębiska, a Kelnerka, która podeszła do stolika, o mało nie przewróciła się ze strachu.Ona gryzie! — krzyknęła.Nie, ONA się śmieje! — odparła Leokadia. — Koń by się uśmiał, proszę pani, jakby zobaczył pani minę.
Kelnerka spurpurowiała z oburzenia, a Alojzy szybko powiedział:Porcja lodów czekoladowych dla mnie i pięć porcji lodów czekoladowych dla tej damy. Z kremem..
Kelnerka przyniosła sześć pucharków z lodami czekoladowymi, przybranymi kremem. Za kolorowym płotkiem zebrał się tłum gapiów. Ludzie z kawiarenki brązowej i złotej wyglądali przez drzwi i okna.Widzisz, to jest sława — mruczała Leokadia. — Jakby nigdy nie widzieli konia w kawiarni!
Jakaś Dziewczynka podała Leokadii jej zdjęcie, wycięte z gazety.Czy mogę prosić o autograf? — zapytała.Wykluczone — odrzekła Leokadia. — Nie wiem, co nazywasz AUTOGRAFEM, ale drugi raz już bym tego nie przełknęła.
Dwie Wystrojone Panienki przecisnęły się do samego płotka i zawołały równocześnie:Proszę nam powiedzieć, jak zdobyć sławę?Bardzo proste — odparła Leokadia. — Wystarczy być kimś na wymarciu. Na przykład ostatnią dorożkarską szkapą.
Wyglądała na bardzo zadowoloną.Od dzisiaj przychodzę tu codziennie — oświadczyła. — To najmilsza kawiarenka w Stolicy, a lody są tu pyszne jak świeżutka koniczyna. Ach, siedzieć w kawiarence brązowej i złotej i patrzeć na przejeżdżające dorożki, i słuchać końskiego klap-klap o bruk! Niestety, tylko te wstrętne taksówki jeżdżą tam i z powrotem, jakby chciały zrobić na złość ostatniej dorożkarskiej szkapie.To nie nasza wina, proszę pani — powiedział Pan, który stał najbliżej kolorowego płotka. — Taksówki wcale nie chciały -wypędzić dorożek, jak sprzęgło kocham! To Ojcowie Miasta odsyłają konie na emeryturę.Tak, tak — westchnęła Leokadia. — Tak wygląda sprawiedliwość! Miasto ma kilku Ojców, a ja ani jednego.Skoro pani jest sierotką, to proszę za darmo przejechać się moją taksówką —- powiedział ten Pan.Idziemy, Alojzy! — zawołała Leokadia. — Wprawdzie wolałabym pojeździć na skuterze, ale to nieładnie grymasić, kiedy ktoś tak grzecznie prosi.

Tłum gapiów rozstąpił się przed nimi, a potem otoczył Kelnerkę.Jaka ONA jest, proszę pani? — dopytywali się najciekawsi.Ma końskie zęby — powiedziała Kelnerka. — W ogóle ŻADNA PIĘKNOŚĆ.Ale tresowana, prawda? Mówić umie.
Kelnerka pogardliwie wydęła wargi.Fi, mówić! Ale o CZYM!
Zawróciła na pięcie i zniknęła w kawiarence brązowej i złotej, a ludzie szeptali między sobą:Patrzcie no, rozmawiała z Leokadią!
I odtąd uważano Kelnerkę za osobę niezwykłą — nawet wtedy kiedy zapomniano już zupełnie o Leokadii.

LEOKADIA
i przyjaźń

Dobrze, że nie padał marcowy deszcz ani nie prószył marcowy śnieg, bo choć Leokadia zmieściła się jakoś w taksówce, ale JAKOŚ to nie znaczy ZUPEŁNIE, ponieważ wystawało na zewnątrz to i owo: lewa noga przez lewe okienko, prawa noga przez prawe okienko, a głowa przez otwarty dach. Za to calutki dół Leokadii
siedział na tylnym siedzeniu. Przechodnie oglądali się za kawałkami Leokadii, wystającymi z auta, a Leokadia była pewna, że to jej CAŁOŚĆ zwraca uwagę.Znają nas, Alojzy — mówiła. — Widocznie tylko Ojcowie Miasta nigdy nas nie widzieli i dlatego nie chcą nas widzieć. Więc co z wami teraz będzie? — zapytał Kierowca.Idę na emeryturę — odpowiedział Alojzy. — A Leokadia ze mną.O, nie, mój drogi! — zawołała Leokadia. — Za młoda jestem, żeby brać emeryturę, a tobie nie będę siedziała na karku, byłoby ci za ciężko. W tej chwili Kierowca zahamował na skrzyżowaniu Staromodnej i Niezmiennej i Leokadia runęła na Alojzego.Rzeczywiście ciężko! — syknął Alojzy.

Uciekli Stolicy i zatrzymali się nad rzeką. Leokadia wyskoczyła zwinnie na chodnik nadrzecznego bulwaru.Powinna pani biegać na torze- wyścigowym — powiedział Kierowca. — Stawiałbym na panią, jak sprzęgło kocham!
Wysiadł z taksówki i obszedł Leokadię dookoła.Czy nie zechciałaby pani pobiegać dla mnie? — zapytał. — Odstąpiłbym panu Alojzemu pół taksówki.
Leokadia obgryzała w milczeniu młodą gałązkę wierzbową. Zmierzchało się, cienki księżyc pływał po wodzie, ale nie dawał złapać się w żaden sposób, chociaż Leokadia kłapała na niego zębami tak, że oczy miała już całkiem wilgotne.Leokadio, czemu nie odpowiadasz panu Kierowcy? — spytał Alojzy. Leokadia spojrzała na Alojzego wilgotnymi oczami.Alojzy, jesteś moim przyjacielem — powiedziała. — Jeżeli chcesz prowadzić taksówkę, to pobiegam dla pana Kierowcy.Dziękujemy panu, panie Kierowco — rzekł Alojzy. — ŻADEN koń mechaniczny nie zastąpi mi mojej Leokadii..

Więc zostali sami na bulwarze nadrzecznym, a w dodatku nie mieli już czym wracać do miasta. Ale ławeczka, na której usiedli, była różowa nawet w półmroku, a nad ławeczką zapaliła się latarnia. W przedwieczornej mgle zniknęły nadrzeczne wikliny przy nadrzecznym bulwarze, tylko jedną jedyną gałązkę chrupała jeszcze Leokadia w zamyśleniu.Wierzbowe kotki... Wiatr w gałęziach... Topniejące lody... — mruczała.
I nagle powiedziała:Za ciężko z koniem na karku, sam widzisz, Alojzy. Ja się USAMODZIELNIĘ, wiesz?Rany chomąta! — westchnął Alojzy. — Ty wcale nie wiesz, jakie niebezpieczeństwa czyhają na młodą, USAMODZIELNIONĄ szkapę!Alojzy, a kto mnie nauczył wymijania pojazdów i unikania wypadków drogowych? Będziesz mnie uczył wymijać te CZYHAJĄCE NIEBEZPIECZEŃSTWA.

Ale zanim Leokadia zaczęła się uczyć, zatęsknili nagle obydwoje za czymś, co jest jasne, ciepłe i przytulne i co przypomina się nam zwykle, gdy zapada ciemność, a nazywa się DOMEM.Gdzie ON jest od dzisiaj, Alojzy? — zapytała Leokadia, ruszając wolnym krokiem w stronę miasta. — Skoro zabrano nam naszą dorożkarską stajnię...Na Jałowcowej, na szóstym piętrze. Może trochę za wysoko, ale co za widok! Dachy i dachy, i wieże, i czuby drzew, i chmury!Będę cię codziennie zabierała na mały DACHOWY SPACEREK — obiecała Leokadia. — Bardzo bym też lubiła pobiegać sobie po chmurkach. Alojzy westchnął.To niemożliwe — powiedział.Oczywiście, że niemożliwe — zgodziła się Leokadia. — Szkapy nie mają przecież skrzydeł. Ale prosiłam cię już raz, żebyś mi o tym nie przypominał.Kiedy ja wcale nie mówiłem o fruwaniu — bronił się Alojzy.Mówiłem w ogóle o tych spacerkach. Że może Wdowa się na to nie zgodzi.Mamy w domu Wdowę? — zainteresowała się Leokadia. Tak już widać musiało być tego wieczoru, że Alojzy ciągle tylko wzdychał i wzdychał.Właściwie to już nie mamy Wdowy — szepnął. — Ożeniłem się z nią, Leokadio. Nie było innego mieszkania. Ani stajni.Nie szkodzi — powiedziała Leokadia. — Lepszy dom z Wdową niż Wdowa bez domu. Tylko dlaczego mi jej nie przedstawiłeś?Ona mówiła, że nie chce mieć ani psa, ani kota, ani kanarka, więc...Rozumiem — westchnęła z kolei Leokadia. — Ani złotych rybek?Nie mówiła o rybkach. Ale i tak nie miałbym dla ciebie akwarium.Gdybym miała skrzydła (nie musisz mi przypominać, że nie mam), uwiłabym sobie gniazdko pod twym okienkiem i tylko dla ciebie — oświadczyła Leokadia. — Chyba Wdowa nie miałaby nic przeciwko temu?Bylebyś nie śpiewała — odparł Alojzy. — Mówiłem ci, że nie znosi kanarków.

LEOKADIA
i domWięc na razie zamieszkam u niej po kryjomu — powiedziała Leokadia.
Ale to wcale nie było takie łatwe, bo po kryjomu to znaczy cichaczem, a jak Leokadia weszła cichaczem na piąte piętro, to obudziła tupaniem całą kamienicę i Wdowę na dokładkę.Chowaj się za wieszak! — pisnął Alojzy.

Więc kiedy Wdowa wpadła do przedpokoju, był tam tylko Alojzy i wieszak, i kołyszące się na wieszaku płaszcze, bo ukryta wśród płaszczy Leokadia trzęsła się ze śmiechu, słysząc, jak Wdowa krzyczy na Alojzego.Tupiesz i tupiesz! — krzyczała Wdowa.Nic podobnego — mówił Alojzy.Wracasz pijany! — krzyczała Wdowa.Nic podobnego — mówił Alojzy.Mówiłeś, że nie pijesz! — krzyczała Wdowa.Nic podobnego. Mówiłem, że nie mam kanarka ani kota.Już wolałabym kanarka albo kota.A psa?Nawet psa.A coś większego?Nawet coś większego.Leokadio, wyłaź! — rozkazał Alojzy. A ponieważ Leokadia zastanawiała się widać nad tym, czy wyjść, czy nie wyjść, Alojzy dorzucił: — WIO, LEOKADIO!
Wtedy Leokadia ruszyła z kopyta i znalazła się na samym środku przedpokoju.Dobry wieczór, pani Wdowo — powiedziała i kichnęła. — Za dużo, stanowczo za dużo naftaliny. Czy nie boi się pani, że mole w niej zasmakują?Co TO jest?! — wrzasnęła Wdowa.Leokadia — odparł Alojzy.Wyrzuć TO! Wyrzuć w tej chwili!Uspokój się Wdo... Żono! — szepnął Alojzy. — Co ona sobie pomyśli? To osoba inteligentna!Inteligentna? Z tym końskim pyskiem? Kto wie nawet, czy ona umie mówić? Może to TY jesteś brzuchomówcą?
Tego już Leokadii było za wiele.Nie, proszę pani — rzekła z godnością. — To JA jestem brzuchomówcą i mówię za niego. On sam nie wpadłby nigdy na ten głupi pomysł, żeby się pani oświadczyć.
Po czym odwróciła się tak wyniośle, że Wdowa, ze strachu przed prawym tylnym kopytem Leokadii, wskoczyła za wieszak.WIO, ALOJZY! — zawołała Leokadia. — I dobranoc pani. Proszę przesypać się naftaliną.

Ale nie dla wszystkich była to noc dobra. Na ojczystym postoju przy Skwerze Sześciokonnym, pośrodku Dorożkarskiego Rynku, ktoś zdjął już tabliczkę z napisem:CZTERY DOROŻKI SAMOCHODOWE, SZEŚĆ KONNYCH" i ustawił zamiast niej napis; „POSTÓJ TAKSÓWEK PRZENIESIONY W ALEJĘ MIGDAŁÓW"
Tylko w powietrzu unosił się jeszcze zapach obroku, wilgotnej słomy, końskiego potu i, jak dawniej, księżyc chwiał się nad bezlistnymi krzakami bzu.Ten DOM jest BARDZIEJ DOMEM — mruknęła Leokadia.
Alojzy rozpostarł na skwerku swoją czapkę, czyli gazetę z fotografią Leokadii, i położył się na tym dziwnym posłaniu. Leokadia wyszukała sobie miejsce w kępie bzów.A co będzie, jak bzy zakwitną? — rzekła. — Wprawdzie lubię i marzec... Młode, wierzbowe bazie... Wiatr w gałęziach... I zanuciła:

Kwiaty, kwiaty sprzedają,
gałązki skrzydlate sprzedają...

Te bazie przypomniały jej, że Alojzy nie jadł kolacji.Wszystko przeze mnie — westchnęła. — Jutro poszukam pracy, Alojzy. Żeby się USAMODZIELNIĆ.I nie wznieśliśmy pożegnalnego toastu! — powiedział Alojzy.Bo to się dopiero zaczyna — odparła Leokadia.Co?No to, co dostałam od ciebie dzisiaj na urodziny. To się nazywa PRZYJAŹŃ, prawda?
I Leokadia pochyliła się nad Alojzym, który właśnie zasnął.O, rany chomąta, księżyc wpadł mi do oka!
Rzeczywiście, coś błysnęło w jej oku i stoczyło się po pysku na mokrą ziemię. A może były to łzy śniegowych płatków, które wolno opadać zaczęły na Skwer Sześciokonny? Bo przecież o innych łzach nie mogło być mowy.

LEOKADIA i pamięć

Jutro przyszło nagle. Wystarczyło, że Leokadia otworzyła jedno oko, i już było jutro, więc otworzyła i drugie, ażeby jutro zamieniło się w dziś, i w blasku wschodzącego słońca ujrzała Alojzego, śpiącego w najlepsze na rozłożonej gazecie. Śnieg stopniał przez noc i światło biło od ogromnych, wiosennych kałuż. W taki ranek nie można myśleć ani o emeryturze, ani o pożegnalnych toastach i Leokadia powiedziała sobie, że naprawdę wszystko dopiero się zaczęło. Pochyliła się i delikatnie skubnęła czuprynę Alojzego.Szacunek dla siwych włosów! — powiedział Alojzy i obudził się.Dobrze — odparła Leokadia. — Ale przede wszystkim szacunek dla śniadania. 
Alojzy przeszukał kieszenie i znalazł jedną jedyną wczorajszą bazię wierzbową.Biedactwo... Taka samotna... Zostawię ją na czarną godzinę — rzekła Leokadia. — Tym bardziej że czuję zapach rudy... Rudy i smaczny... Zwiesiła łeb i z nosem przy ziemi przemaszerowała z wolna na drugą stronę jezdni.JEST — powiedziała. — Marchewka.
I wyciągnęła z koszyka, niesionego przez Chudą Paniusię, dwa pęczki marchwi.Wynoś się, ty wstrętna kobyło! — zawołała Chuda Paniusia.Jestem Leokadia — powiedziała Leokadia, połknąwszy resztki pożółkłej naci. — Ta sama, co wczoraj. Nie czytała pani gazet?
I podała jej gazetę, a tę gazetę wyjęła z ręki stojącego na skraju chodnika Eleganckiego Pana.Oburzające! — wykrzyknął Elegancki Pan. — Jak się pani prowadzi?Zwykle prowadził mnie Alojzy — odparła Leokadia. — Teraz się USAMODZIELNIAM.
Po czym podrzuciła koszyk tak zgrabnie, że wylądował na głowie Eleganckiego Pana.Posterunkowy! — krzyknął Elegancki Pan.Złodzieje! — krzyknęła Paniusia.Rudy kolor ma szczególny smak, zwłaszcza jeśli to jest marchewka —powiedziała Leokadia, gryząc marchew pośpiesznie, żeby nie przemawiać do Posterunkowego pełnym pyskiem. Ale Posterunkowy wcale nie chciał rozmawiać z Leokadią, tak jakby najlepiej było wypytywać o wszystko Eleganckiego Pana.Chuligaństwo i żebranina! — mówił Elegancki Pan, ściągając z głowy koszyk. — Taka młoda szkapa (niech pan spojrzy na jej zęby, panie Posterunkowy) wyłudza marchew od spokojnych przechodniów! Nie mówiąc już o tym, że czyta cudze gazety.Wcale nie czytam — wtrąciła Leokadia. — Wcale i nigdy! Nie mam okularów. Czyj to koń? — spytał Posterunkowy.Jestem Alojzy Fiutka — powiedział Alojzy, zbliżając się do Posterunkowego. — Urodzony...Nieważne — przerwała Leokadia. — To jest MÓJ ALOJZY a ja jestem LEOKADIA. Nie pamięta pan?
Posterunkowy wyciągnął notes.Trudni się żebraniną?Co, znowu wywiad? Nie mam ochoty na wywiad!Nie lubię, jak ktoś na mnie krzyczy — rzekł Posterunkowy.— Szczególnie KONIE. Żebrała o marchew?Nic podobnego! — zawołała Leokadia. — Pozwoliłam się poczęstować jako LEOKADIA.Ale wzięła i zjadła?Jestem LEOKADIA, słyszy pan?Nie lubię, jak ktoś staje dęba — rzekł Posterunkowy. — Zwłaszcza młode szkapy. Bo JEST młodą szkapą, prawda?Jest — przyznała Leokadia.
Posterunkowy pisał szybko i mruczał:Młoda... żebrze o marchew... Krzyczy... Staje dęba...
A potem zapytał:Skąd przyszła?
Więc Leokadia wskazała Skwer Sześciokonny po drugiej stronie jezdni.Przeszła nieprawidłowo przez jezdnię — zanotował Posterunkowy.
Podsumował wszystko i podał Alojzemu mandat.Ile? — jęknął Alojzy.Nic a nic — odparł Posterunkowy. — Cała przyjemność po mojej stronie. Ja tak lubię mandaty! Czy mogę jeszcze państwu coś wypisać?Ja wolę pieniądze za marchew — powiedziała Chuda Paniusia.A ja muszę kupić nową gazetę. Nie będę przecież czytał po koniu — oznajmił Elegancki Pan. Posterunkowy wyjął z kieszeni pieniądze i dał je Chudej Paniusi
i Eleganckiemu Panu.Za takie śliczne mandaciki chętnie dopłacę — oświadczył.
Potem powiedział do Alojzego:Gdyby tak jeszcze śliczny mandacik, to stoję tu, na rogu Alei Migdałów.Masz szczęście — rzekł Alojzy, kiedy już zostali sami.Mam pecha — powiedziała Leokadia. — Już nikt a nikt mnie nie pamięta. Nawet Władza. I zwiesiła łeb nad największą z marcowych kałuż. 

Szorty 4.

Przyszło mi do głowy,

że normalny wywiad z diabłem lub czarownikiem

można by z powodzeniem zastąpić zręcznie

dobranymi tezami naukowymi.

H. G. Wells

Krzysztof Nędzyński „Rola złota w polityce pieniężnej. Teoria monetarna w modelu ekonomii podaży” (fragment).

Z czego wynikają właściwości monetarne złota?

Złoto wykazuje zaskakujące właściwości prognostyczne. Pora zmierzyć się z pytaniem: dlaczego w polityce monetarnej ważne jest waśnie złoto? Tradycyjnie w tym kontekście wymienia się właściwości fizyczne złota – topliwość, podzielność, łatwość w odróżnianiu od innych substancji, niepodatność na utlenianie i rzadkość występowania. Te czynniki pozwalają zrozumieć dlaczego metale szlachetne złoto i srebro w toku ewolucji zostały wybrane na pieniądz. W erze pieniądza papierowego te właściwości tracą na znaczeniu.

Może to brzmieć paradoksalnie, ale wyjątkowe monetarne właściwości złota wynikają z faktu, e jest go tak duo. Greenspan pytany przed Kongresem z czego wynika znaczenia złota odpowiedział, że ma ono najwyższy stosunek zapasu do obrotu (stock/flow ratio).

Weźmy nominalną cenę dowolnego dobra A. Jego cena rośnie jeśli 1) popyt na A rośnie 2) poda A spada 3) rośnie poda pieniądza 4) spada popyt na pieniądz. W przypadku złota pierwsze dwa czynniki są zaniedbywalne. złoto jest najstabilniejszym z ekonomicznych dóbr, ponieważ jego zgromadzony zapas jest największy w stosunku do produkcji. Na świecie jest około 130 000 ton złota (zasób wydobyty w ciągu całej historii) przy rocznej produkcji i konsumpcji sięgającej 2500 ton. Gdyby dziś zaprzestać wydobycia, wystarczyłoby go na 50 lat. Zgromadzony zasób działa jako stabilizator. Wyobraźmy sobie e w pewnej chwili popyt na złoto gwałtownie rośnie. Ogromne wahanie popytu nie zmieni ceny złota ponieważ istnieje zapas gotowy na zaspokojenie tego dodatkowego popytu. Takiej właściwości nie posiada w stopniu choćby porównywalnym żadne inne dobro.

Z powyższych względów podażowcy traktują złoto jako najbardziej wiarygodny punkt odniesienia w ekonomii. Obserwując zmiany nominalnej ceny złota interpretują ją najczęściej jako sygnał zmiany wartości waluty, nie złota.

CPI posiada tą zasadniczą wadę, że przewodzi równie sygnały niemonetarne. W literaturze wspomina się często o tzw. inflacji wzrostu. W dynamicznie rozwijającej się gospodarce ceny mają tendencję do wzrostu, jako że drożeje siła robocza, co nie w każdym wypadku jest równoważone wzrostem produktywności. Powyższe zastrzeżenie odnosi się zwłaszcza do cen konsumpcyjnych, cen płaconych przez ostatecznego nabywcę.

Za przykład mona tu podać Irlandię. Najszybciej niegdyś rozwijający się kraj strefy euro nieprzypadkowo notował równie najwyższe wzrosty indeksu cen. Nie oznacza to jednak, że inflacja jako zjawisko monetarne, w Irlandii była wyższa niż np. w Niemczech. Jest to wykluczone na mocy faktu używania w obu krajach jednego pieniądza.

Pieniądz jako jednostka miary

Argumentacja podażowców na rzecz roli złota w polityce monetarnej jest nieodłączna od analizy funkcji jakie pełni pieniądz. Tradycyjnie w literaturze wyróżnia się trzy podstawowe funkcje pieniądza: środka wymiany, jednostki miary i środka przechowywania bogactwa.

Współcześnie pieniądz traci na znaczeniu jako środek przechowywania bogactwa. Bogactwa nie przechowuje się w pieniądzu, ponieważ nie przynosi on odsetek. Współczesne rynki finansowe oferują bardzo wiele możliwości przechowywania bogactwa, które, nawet w najkrótszym terminie, przynoszą dochód w postaci odsetek.

Stwierdzenie, że pieniądz jest środkiem wymiany nie budzi żadnych wątpliwości, ale te niewiele wyjaśnia. Nie pozwala wywnioskować jakie cechy ów musi posiadać, aby dobrze spełniać funkcję środka wymiany, słowem, aby być dobrym pieniądzem.

W tym znaczeniu dużo istotniejsze znaczenie ma stwierdzenie, że pieniądz jest środkiem wymiany. Śledząc, wzorem Misesa, ewolucję od gospodarki barterowej do gospodarki opartej na wymianie pośredniej mona wywnioskować jakie charakterystyki musi posiadać dobro, aby mogło stać się pieniądzem.

Co zatem zostanie w toku ewolucji wybrane na pieniądz? Na rynku wartość dóbr cały czas się waha jako wynik gry sił popytu i podaży. Jeśli jakieś cena jakiegoś dobra w ogólnym poczuciu ma podrożeć, to chęć nabycia go przez tych, którzy go nie mają będzie odwrotnie proporcjonalna do chęci zbycia przez tych, którzy są w jego posiadaniu. Takie dobro nie może być więc pieniądzem. Zupełnie analogiczna jest sytuacja kiedy wartość jakiegoś dobra ma spaść. Biorąc pod uwagę istnienie mechanizmu równoważącego (gra sił popytu i podaży) wiadomo, że w długim okresie ceny dóbr raz spadają raz rosną. Fakt, że jakieś dobro jest uniwersalnie przyjmowane jako środek wymiany jest najlepszym dowodem na to, że jego wartość jest stabilna. A skoro tak, to może ono służyć jako miernik wartości. W ten sposób można uzasadnić, że coś służy jako środek wymiany, o ile jest miernikiem wartości. Jeśli coś jest powszechnie akceptowanym dobrem (pieniądzem) to znaczy, że służy jako miernik wartości. Te dwie funkcje są nierozerwalne. Współczesna gospodarka opiera się na podziale pracy i specjalizacji ponieważ istnieje wspólny mianownik, który pozwala wyznaczać stosunek wymiany dowolnych dwóch dóbr (terms of trade).

Optymalna polityka monetarna w doktrynie szkoły podaży

Podażowcy są zwolennikami standardu złota. Za standard złota uważają oni każdy system monetarny w którym wartość pieniądza zdefiniowana jest w złocie. Mówiąc o konieczności wprowadzenia standardu złota podażowcy stwierdzają jedynie, że należy związać pieniądz ze złotem. Istnieje jednakowo wiele sposobów, aby ten cel osiągnąć. Dla przykładu można tu wymienić choćby XIX-wieczny standard złota, system z Bretton Woods czy model 100% pokrycia jakiego domagają się austryjacy. W jaki sposób zapewnić najefektywniejsze powiązanie między złotem a pieniądzem – to zagadnienie pozostaje nadal przedmiotem dyskusji.

W czasach klasycznego standardu złota, wartość waluty była wyznaczona jako pewna wielkość wyrażona w złocie np. dolar równa się 1/20 uncji złota. Posiadacz banknotu mógł w każdej chwili zażądać w banku wydania kruszcu. Ta klauzula stanowiła zabezpieczenia przed nadmierną emisją pieniądza papierowego. Jeśli banknotów wyemitowano ponad zapotrzebowanie ze strony rynku, marginalny posiadacz papierowego pieniądza wymienia go na nienarażony na inflację kruszec. Zatem wypływ złota ze skarbca by dla emitenta sygnałem, że należy zredukować podaż pieniądza papierowego. Wadze monetarne nie musiały odgadywać jakiej ilości pieniądza gospodarka potrzebuje. Wystarczało aby jego wartość była zachowana na ustalonym poziomie ilość dostosowywała się automatycznie. Podażowcy twierdzą, e na podstawie tej samej idei może funkcjonować polityka monetarna we współczesnej gospodarce.

Współczesny standard złota musi brać pod uwagę realia dzisiejszej gospodarki. Jude Wanniski proponuje model który jest łatwy do zaadaptowania przy obecnej strukturze operacyjnej FED. System Rezerwy Federalnej miałby ustalić docelową cenę złota i za pomocą operacji otwartego rynku utrzymywać ją stale na tym poziomie. Jeśli nominalna cena złota wykazuje tendencje do wzrostu, sygnalizując presje inflacyjne, FED miałby redukować ilość pieniądza sprzedając obligacje na otwartym rynku. Analogicznie, jeśli rynek sygnalizowałby wzrastający popyt na pieniądz (spadek ceny złota) FED miałby być obowiązany do dostarczenia dodatkowej jego porcji przez operację zakupów na otwartym rynku.

System taki, wedle podażowców, gwarantowałby stałą wartość pieniądza. W ten sposób znikłoby ryzyko inflacji i deflacji, alokacja zasobów mogłaby przebiegać z pominięciem ryzyka monetarnego zwiększając w ten sposób efektywność systemu gospodarczego. Oczywistym skutkiem stabilności monetarnej byłaby równie stabilność cen.

Propozycja Wanniskiego pokazuje wyraźnie, że nie jest istotna ilość złota jaką posiada bank centralny. Fakt, że podaż złota i stopa wzrostu światowej gospodarki nie są równe równie nie stoi na przeszkodzie, aby wartość pieniądza ustalona była w złocie. złoto nie ma bowiem służyć jako pokrycie dla każdego wyemitowanego banknotu. Istotna jest rynkowa cena złota, którą bank centralny powinien uczynić najważniejszą przesłanką w ocenie sytuacji monetarnej. Nie ma przy tym potrzeby, żeby bank centralny zobowiązywał się do konwersji banknotów i w tym celu gromadził ogromne rezerwy złota. W XIX wieku Bank Anglii, utrzymywał stałą wartość funta za pomocą regulacji jego ilości, choć nie posiadał wielkich zapasów złota. Można powiedzieć, że powyżej opisany mechanizm jest podobny do instytucji currency board, z tym że punktem referencyjnym nie jest obca waluta, ale złoto.

Szorty 5.

TINA (There Is No Alternative)?

No!

TINABO (There Is No Alternative But Orange)!

Dr Wu-Tsy

Ogłoszenie.

Reaktywowane po 30 latach pismo surrealistyczne Pomarańczowa Alternatywa poszukuje współpracowników. Jeśli pisujesz jakieś teksty i masz ochotę z nami współpracować napisz na adres pomaranczowy.rotmistrz@yahoo.com.

Poszukujemy poematów, esejów, opowiadań, dramatów, powieści, felietonów, analiz – wszystkiego co może być napisane w języku polskim. Nie płacimy ani grosza.

Niniejszy numer Pomarańczowej Alternatywy przygotowany i zredagowany został przez Rotmistrza przy udziale Wachmistrza.