Archive for Lipiec 2011

Sąd bomb – sond bąb.

 Dziwny dzień. Obudził mnie atak twórców seriali telewizyjnych na spokojną, śródmiejską, wrocławską ulicę. Sny też miałem niespokojne choć bardziej z powodu olbrzymich czteronożnych ślimaków przybyłych na Ziemię gdzieś z okolic Syriusza i wypytujących zawzięcie o to co stało się w trakcie ich krótkiej nieobecności z brontozaurusami. Atak filmowców wyzwolił mnie z tej nizbyt przyjemnej sytuacji. Szybki akt strzelisty do Freuda, Junga i Adlera,  kawa. dwie kromki chleba z serem, ogórek, papieros i byłem gotów mierzyć się z jawą. Zapowiadała się jako uporządkowana – o godzinie 9:30 powinienem stawić się w Sądzie Okręgowym jako świadek w sprawie Wrocławskiej Afery Krasnoludzkiej i powspominać w urzędowej obecności Sędziego heroiczne czasy początków Pomarańczowej Alternatywy. Afera, która spowodowała zaangażowanie Wymiaru Sprawiedliwości RP była wielokrotnie relacjonowana (niekoniecznie bezstronnie) przez media głównego nurtu, szczegółowo opisywana na blogu Majora Waldemara Fydrycha, dyskutowana na kilku internetowych forach oraz, relacjonowana na tym blogu w kolejnych edycjach Pomarańczowej Alternatywy. Przypomnę krotko. Magistrat Wrocławia zawłaszczył symbol Pomarańczowej Alternatywy, Krasnoludka, do czegoś co nazwał Promocją Miasta, a co sprowadzało się do urzędniczych wycieczek na koszt podatnika i tłuczeniu kasy,  na produkcji i sprzedaży turystom rożnych gadżetow zdobionych krasnoludkiem, przez zaprzyjaźnioną z Magistratem firmę Orfin.  Podjęto równocześnie próby przejęcia całej historii Pomarańczowej Alternatywy. Pozew był jedynym wyjściem,  gdyż, jak powiedział to Generał Jaruzelski w swoim historycznym przemówieniu, „wyciągnięta dłoń zbyt długo stykała się z zaciśniętą pięścią”. Pierwsza Wokanda (16 maja bieżącego roku) nie przyniosła rozstrzygnięcia sporu. Bardzo atrakcyjna,  prawna przedstawicielka Władz Wrocławia umiejetnie uniknęła wyrafinowanych ciosów biegłego w jurysdykcji prawnego przedstawiciela Majora i dalszy ciąg rozprawy, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, Pan Sędzia przełożył na 18 lipca. Właśnie tego dnia zostałem obudzony przez atakujących cichą, spokojną, śródmiejską ulicę Wrocławia twórców telewizyjnego serialu…

Herrmann. u którego mieszkałem, zupełnie nie przejął się organizującymi przestrzeń działaniami Twórców Telewizyjnych Seriali i z bezpretensjonalnością godną radykalnego ekologa wymiksował nas z grodzonych biało-czerwoną taśmą rewirów. Po drodze zabraliśmy jeszcze jednego świadka, Ankę. prawdopodobnie czarownicę (jej aura miała pobłyski metafioletu, ale mogło być to również związane z calgonitem używanym przy praniu sweterka). Chroniczne kłopoty ze znalezieniem miejsca parkingowego spowodowały, że musiałem na swoich  mocno zużytych nóżkach dokuśtykać do Gmachu, w którym mieszka Sprawiedliwość. Rozmowa z Anką w trakcie tego spaceru koncentrowała bardziej na moich przypadłościach niż Sprawie, ktora nas tu przywiodła. Kompetentny wykład Anki (chyba jednak przyczyną pobłysków metafioletu w jej aurze nie był calgonit) został przerwany przez policyjną czterosobową Drużynę w czarnych mundurach. Młodzieńcy z wielką wprawą przeskoczyli płot oddzielający chodnik przed wejściem do Gmachu Temidy od jezdni i dyskutujac o czymś ze znacznie mniej bojowo umundurowanym  Zawiadowcą Bramki stworzyli eleganckiego Cerbera podkreślającego Powagę Sytuacji. Anka z niwumuszoną kokieterią złożyła swą damską torebkę w paszczy wyrafinowanego technologicznie urządzenia sprawdzającego czy bagaże petentów Temidy nie zawierają środków, które w wybuchowy sposób zwiększają entropię wszechświata. Urządzenie okazało się niedziałające, a pięcioosbowy Cerber łaskawie pozwolił wejść nam do wnętrza Gmachu.

Spotkania! W moim wieku, dawno niewidzianych przyjaciół, znajomych i wrogów spotyka się głównie na rozprawach sądowych i pogrzebach. Czas spotkań na weselach, chrzcinach i parapetówach odszedł już w przeszłość…

Major i Agnieszka czekali na nas w sądowym barze „Pod Paragrafem”. Dla osoby z upośledzeniem chodzenia wejście do tego baru przypomina wyczyn Hillarego. Postukując laską o podłogę przystanąłem na zewnątrz baru, a Herrmann zbiegł raźnie  w jego czeluści by wywołać przyjaciół. Wnętrze Sądu Okręgowego we Wrocławiu jest urządzone przez ludzi, którzy uważają, że sprawy sądowe dotyczące kalek stanowią tak znikomy margines wszystkich spraw, ktorymi zajmuje się Wymiar Sprawiedliwości RP, że niewarto marnować publicznych pieniędzy na przystosowanie wnetrza do faktu istnienia osób fizycznie niedostosowanych. W tym radykalnym podejściu tkwi niewątpliwa prawda.  Koszta postępowania sądowego w Polsce przekraczają możliwości finansowe większości fizycznie sprawnych obywateli, zatem kalekę, dochodzącego swoich roszczeń przed sądem stać na wynajęcie muskularnych młodzieńców, którzy wniosą wózek inwalidzki.

Pozostalych przyjaciół spotkaliśmy przed salą 42. Kręciło się tam również kilku dziennikarzy, byli obecni przedstawiciele prawni stron  i tajmniczy Pan Konsylariusz G. – współwłaściel komandytowej spółki Orfin.

Protokolantka, w imieniu Sędziego zaprosiła wszystkich do sali. Po wstępnej procedurze i sprawdzeniu listy obecności wezwanych świadków, zostaliśmy (świadkowie) poproszeni o opuszczenie sali rozpraw.

Korytarzowe rozmowy między ludźmi, którzy dawno się nie widzieli, a kiedyś, dawno już temu wspólnie, intensywnie uczestniczyli w rewolucji są godne osobnego wpisu…

Halina była pierwszym świadkiem, którego poproszono o złożenie zeznań. Chwilę po tym jak drzwi sali rozpraw zamknęły się za nią, na korytarzu pojawiła się trzydziestokilkuletnia kobieta otoczona gromadką innych (podenerwowanych) pań. Kategorycznym głosem nakazała opuszczenie przez nas gmachu sądu z powodu ewakuacji. Ponieważ w młodości miałem dobrych nauczycieli Przysposobienia Obronnego, natychmiast stwierdziłem niezgodność jej postępowania z regułami jakimi powinien kierować się zarządzający ewakuację tak ważnego obiektu jakim jest budynek Sądu Okręgowego. Postępowanie tej kobiety wyczerpywało wszelkie znamiona działań siewcy paniki. Moi nauczyciele wbili mi do głowy, że „ten nigdy nie ulega panice, kto poznał obrony cywilnej tajemnice”. Jedną z tych tajemnic był fakt, że człowiek zarządzający ewakuację nie może być anonimowy i musi posiadać coś co uprawomocniałby jego zarządzenia. W innym przypadku szalenie łatwo byłoby zakłócić pracę każdej instytucji. Zgodnie ze swoim obywatelskim sumieniem zażądałem od głoszącej konieczność ewakuacji kobiety okazania pełnomocnictw. Nie uczyniła tego. Żachnęła się tylko i dalej powatarzała swoje rozkazy. Zażądałem okazania pełnomocnictw głośniej akcentując moje żądanie uderzeniem laską o podłogę. Reakcja kobiety była bardzo podejrzana, odwróciła się do mnie plecami i szybko odeszła znikając za zakrętem.

Tego dnia nie było na wokandzie sądu zbyt wielu spraw. Działania kobiety rozsiewającej panikę okazały się na tyle skuteczne, że na korytarzu pozostaliśmy jedynie my, świadkowie w sprawie krasnoludzkiej afery. Zamieniłem z Markiem kilka zdań na temat dziwnego zdarzenia, gdy kobieta pojawiła się ponownie i ponownie zażądała byśmy opuścili gmach sądu. Znowu nie chciała okazać żadnych pełnomocńctw więc rzuciłem żartem, że zaraz przyłożę jej laską. Kobieta powtórnie wykonała szybki „w tył zwrot” i zniknęła za zakrętem.

Powróciliśmy do przerwanych rozmów. Nie na długo. Na korytarzu pojawiła się grupa odzianych w letnie mundury policjantów i swoim mundurowym pełnomocnictwem potwierdziła konieczność ewakuacji. Tym razem wszystko było w zasadzie zgodne z regułami Obrony Cywilnej oprócz faktu, że policjanci nie chcieli przerwać rozprawy w sali 42. Dopiero gdy powiedzieliśmy, że nie opuścimy gmachu bez naszych zamkniętych w sali 42 przyjaciół najwyższej szarży policjant otworzył drzwi sali rozpraw i poinformował znajdujących się w niej ludzi o alarmie bombowym i konieczności ewakuacji.

Czytelniku, oceń te wydarzenia sam. Ja mam kilka hipotez. Jednego jestem pewien, istnieje osoba, niezbyt trudna do wykrycia, która powinna ponieść conajmnief służbowe konsekwencje w związku z brakiem jakichkolwiek procedur bezpieczeństwa we wrocławskich sądach. Ten dzień. ktory na początku tego wpisu nazwałem dziwnym, jest zwyczajną grandą i świadectwem tego jak urzędnicy naszego państwa wypełniają swoje obowiązki.

Reklamy

Los Senatorski (odcinek 1).

     Senator Misiek ostatnio trochę linieje, właściwie to nie trochę, a  bardzo. Wszędzie zostawia swoje włosy. Tapicerka, ubrania, pościel… Nie jest jeszcze starcem. Jest Senatorem w kwiecie wieku. Nie do końca cyniczny, posiada ideały. Jakie? To Jego dobrze skrywana tajemnica. Jedno tylko jest jasne, Misiek jest miłośnikiem Wolności, każda smycz, nawet ta z futrzaną obrożą,  jest jego wrogiem. Zasada, „praca przede wszystkim”  jest odczuwana fizycznie gdy usłuje się Go wyprowadzić na spacer.

W bieżącej kadencji Senatu niesłusznie popadł w niełaskę partyjnych zwierzchników. Zgodnie ze swoimi niezłomnymi zasadami, usiłował dopilnować Prawa na wszystkich etapach jego istnienia. Od formułowania Ustawy, po tej Ustawy wdrożenie w życie. Zangażował w sprawę nawet własną firmę… Osądzono Go w sposób bliższy sądom kapturowym niż sprawiedliwości, a jego naturalną  chęć zarobienia dużych pieniędzy za wykonaną „pracę przede wszystkim” obłocono odium nepotyzmu. Więcej, głoszono plugawe komunały o konflikcie interesów.  Tym sposobem, bez dania żadnej racji, uległ nagłej degradacji. Drzwi, które dotychczas stały otworem jeżeli już się otwierały to z wielkim trudem. Telefony przestały być odbierane. Osobnicy, ktorzy do tej pory mruczeli przymilnie i zachęcająco zaczęli unikać spotkań i rozmowy…

Wszystko to nie byłoby jeszcze dostatecznym stresem by spowodwać linienie. Senator Misiek jest dzielnym zwierzakiem i jego zahartowany organizm przełknął już w życiu niejedną gorzką pigułkę. Jednak nieszczęścia zwykły chadzać parami. Nie wiadomo skąd (głowne podejrzenia padają na Herrmanna) w domu Senatora pojawiła się atrakcyjna młódka imieniem Ulrika. Przepełniona energią i pomysłami  zamieniła domowe pielesze Senatora Miśka w przedsionki piekieł. Miseczki, które były do tej pory jego wyłączną własnością nagle stały się wspólne. Niektóre legowiska, w których można było oddać się poobiednim marzeniom zostały brutalnie zawłaszczone. Spokój zniknął nieodwołalnie. Dzielny Senator usiłował przywrócić porządek przy pomocy klapsów i gryzienia, jednak na Urlice starania te wywierały znikome wrażenie.

Sytuacja stawała się coraz bardziej nieznośna. Brak szans na reelekcję groził utratą ostatnich chwil spokoju, ktore towarzyszyły Senatorowi w przynależnym mu z racji pełnionej funkcji pokoju Hotelu Sejmowego. Sierść wypadała całymi kępami… Tylko wrodzona bystrość Miśka mogła uratować Go przed całkowitym wyłysieniem. Musiał poszukać przyjaciół wśród ludzi, dla których „Praca ponad wszystko” nie jest pustym frazesem. Naturalny sojusznik jakim jawił się początkowo Janusz Palikot odpadł po głębszej analizie etymologicznej nazwiska, PJN odpadał ze względu na dużą liczbę miłośników psów. Jedyną szansą wydawała się jakaś obywatelska inicjatywa…

CDN

Aborcja, czyli umiejętne wyskrobanie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej.

 Nasz Sejm jest strasznie dowcipny (właściwczym słowem byłoby docipny), kończąc swoją kadencję podsunął ogłupiałemu Nardowi Polskiemu jedyny i właściwy temat przedwyborczej dyskusji. ABORCJA!!!!!! Aborcja!?! aBORcja??? Aborcja poporodowa. aborcja przedporodowa, aborcja w trakcie porodu. Aborcja i Abordaż w jednym stały domku…

Kiedy budzę się rano, znów boli mnie kolano. Znowu na bruk po pijanemu wypierdoliłem się… O! Mamo! Mamo, mamo, mamo!… Dlaczego nie wyskrobałaś mnie? Tak mi źle. Tak niedobrze mi jest.. Co dzień tak samo! Mamo, Mamo, Mamo…

Polska Partia Parlamentatnych Polityków to niezła ekipa, która doskonale zdaje sobie sprawę z gamoniowatości polskiego wyborcy. Lata zaborów, Piłsudski z Dmowskim i Cud nad Wisłą,  holokaust i kielecki pogrom, stalinizm, Gomułka,  „pomożecie. nie lękajcie się”, Okrągły Stół i lustracja to gentyczne obciążenia, które nie ułatwiają mieszkańcom kraju nad Wisłą i Odrą wyzbycia się Obywatelskiej Tempoty. 460 kolesi pogrywa sobie śmiejąc się w twarz zarówno Polakom o poglądach antyaborcyjnych, Polakom, którzy chcieliby legalnej aborcji jak i Polakom, których ten problem zupełnie nie interesuje. Tym pierwszym bo napracowali się zbierając podpisy pod obywatelskim projektem, a projekt ten został wprowadzony pod obrady Sejmu w momencie kadencji gwarantującym wyrzucenie projektu do kosza (nierozpatrzone do końca projekty nie są „dziedziczone” przez parlament następnej kadencji). Tym drugim nasi  szanowni parlamentarzyści pokazują, że mogą wszystko i żadne „piekła kobiet” ich nie obchodzą, a tym trzecim, że demokratyczna dyskusja może odbywać się tylko na tematy dla władzy wygodne, tematy ważne dla obywateli, a dla władzy niewygodne  nie będą dyskutowane (zwłaszcza przed wyborami).

Z XX numeru Pomarańczowej Alternatywy.

Od Redakcji.

Rożne Dziwaczne i niesamowite historie rozgrywają się na naszej planecie, zwanej Ziemia. Każdego dnia frontowa strona dowolnego informacyjnego portalu, czy też tytułowa strona tradycyjnie drukowanej gazety anonsują przeróżne opowieści nie z tej Ziemi. Jadnak pomińmy politykę ogólnoświatową (heute die Welt, morgen das Sonnesystem) i krajową na szczeblu centralnym (dzisiaj na lewicy, jutro na prawicy, ale w Sejmie i Stolicy). skupmy się na przykładowej lokalnej gazecie, a właściwie połowie gazety, jaką jest „Gazeta Wrocław”, wrocławski dodatek „Gazety Wyborczej”.Ta, trzymana w żelaznym uścisku Redaktora Sawki, trybuna miejscowej klasy średniej (zwolennicy teorii spiskowych mówią o mafii krzycko-biskupińskiej) w dniu dzisiejszym – 30.06.2010 – donosi na swoim portalu (między innymi):

Zielone stojaki rowerowe czekają od środy na wrocławskich rowerzystów. Ich kształty wybrane przez czytelników „Gazety Wyborczej” mają znaczenie symboliczne – odnoszą się do naszej tradycji i miejskich symboli. W dziesięciu punktach miasta można przyczepić swój rower do krasnala, misia i Eberhardta Mocka, bohatera książek Marka Krajewskiego

Zastanawia mnie ten misio jako element wrocławskiej tradycji. Misio występujący obok krasnala i literackiego detektywa budzi moją podejrzliwość. Gdyby chodziło o niedźwiedzia Mago, przyczynę upadku długoletniego dyrektora wrocławskiego ZOO, występowałby chyba pod własnym imieniem. Kultowy film „Misiu” nie był kręcony we Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych. Muszę przeszukać zasoby Gazety…

221 wyników, w tym:

  • Pobyt w hotelach i misia zlicytują dla powodzian.

  • Przypadek misia Mago był drastyczny, ale nie jedyny.

  • Powrót misia.

  • Uwolnić misia.

  • Promocja regionu bez misia, teraz czas na tajemniczość.

  • Święto misia na wesoło.

  • Misiu daj się napić.

  • Posada dla ślężańskiego misia

  • Prokurator znów zajmie się misiem Mago.

  • Fotka z misiem.

  • Recenzja płyty Krzysztofa Misiaka „Zdjęcie z misiem”.

  • Dolny Śląsk z misiem.

  • ……………………………………………………………………………

Całość,  w formie pdf-a do pobrania z http://www.box.net (widget po prawej stronie bloga plik pa-xx.pdf)