Archive for Grudzień 2011

Zbrakło dla nich miejsca w gospodzie…

William S. Burroughs
Ćpuńskie święta

Było boże narodzenie i Danny, złodziej samochodowy, wyruszył w miasto na skręcie i połamany, po 72 godzinach spędzonych na dołku. Dzień był jasny, aczkolwiek słońce nie grzało. Dannym wstrząsało wewnętrzne zimno. Postawił kołnierz swej poprzecieranej, zatłuszczonej kurtki.  Nawet amfa nie postawiłaby mnie na nogi – pomyślał. Był na West Nineties. Długi budynek jednej z kamienic czynszowych. Tu i tam, stroiki świąteczne w czystej czerni okna. Zmysły Danny’ego rejestrowały wszystko ostro i czysto, z bolesną intensywnością głodu heroinowego. Światło raziło jego rozszerzone źrenice. Przechodził koło aut, jasnoniebieskimi oczyma dokonując szybkiej oceny sytuacji. Na siedzeniu leżała paczka a jedno z okien było uchylone. Danny zrobił jeszcze 10 kroków. Nikogo w zasięgu wzroku. Pstryknął palcami, odstawiając całą tę pantomimę   przypomniałem sobie o czymś , i odwrócił się. Nikogo.  Zły początek  – zadecydował.  Na tak pustej ulicy rzucam się w oczy.
Trzeba zrobić to szybko. Sięgnął przez uchylone okienko. Drzwi za nim otworzyły się. Danny złapał za szmatę i zaczął polerować szyby samochodu. Czuł oddech faceta stojącego mu za plecami.
– Co, kurwa, robisz?
Danny obrócił się, niby, że zaskoczony.
– Pomyślałem, że pańskim szybom przydałoby się polerowanko, pszepana.
Gość miał żabią twarz i akcent z głębokiego Południa. Nosił płaszcz z wielbłądziej wełny.
– Mój auciak nie potrzebuje polerki ani również, abyś coś z niego zwinął.
Danny zrobił unik, gdy facet chciał go dosięgnąć.
– Nie chciałem niczego ukraść, pszepana. Też jestem z Południa. Z Florydy.
– Przeklęty, szczwany złodziej!
Danny szybko odszedł za róg. Lepiej wyniosę się z okolicy. Ten kmiot zaraz wezwie gliny. Przeszedł 15 bloków. Pot ściekał mu strugami po ciele. Bolało go w płucach. Wargi odsłaniały żółte zęby w grymasie desperacji. Muszę coś zdobyć. Gdybym tylko miał porządne łachy…. Danny ujrzał stojącą w drzwiach walizkę. Z dobrej skóry. Przystanął, udając, że szuka papierosa. Śmieszne  – pomyślał. Nikogo w okolicy. Może w środku, dzwoni po taxi. Do rogu było tylko kilka domów. Danny zaczerpnął powietrza i podniósł walizkę. Doszedł do rogu. Kolejny blok, kolejny róg. Walizka była ciężka. To zapewni mi całą, spokojną noc – pomyślał. Może starczy na szesnastkę i pokój. Danny zadrżał, wyobraziwszy sobie ciepły pokój i heroinę wlewającą mu się do żyły. Spójrzmy więc. Przystanąl na Morningside park.  Nikogo wokół. Jezu, to miasto nigdy nie było tak puste. Otworzył walizkę. Dwie podłużne paczki w brązowym papierze. Wyciągnął jedną. Pachniała jak mięso. Rozdarł opakowanie na jednym końcu, odsłaniając nagą kobiecą stopę. Paznokcie były polakierowane na purpurowoczerwono. Odrzucił nogę, zdegustowany.
– Święty Jezu!  – wykrzyknął. Co za  numery odstawiają dziś ludzie. Nogi! Cóż, mam przynajmniej walizkę. Wyrzucił drugą nogę. Żadnych plam krwi. Złapał zamkniętą walizkę i oddalił się.
– Nogi!  – wymamrotał.
Znalazł Buyera siedzącego przy stoliku w kawiarni Jarrowa.
– Pomyślałem, ze wziąłeś dzień wolnego  – rzekł Danny, stawiając walizkę. Buyer z smutkiem potrząsnął głową.
– Nie mam nikogo. Cóż to dla mnie za święta?
Jego oczy wędrowały po walizce, grzebiąc, sprawdzając, szukając widocznych wad.
– Co było w środku?
– Nic.
– W czym problem? za mało płacę?
– Powiedziałem ci, że nic w niej nie było.
– Ok. Po prostu ktoś podróżował z pustą  walizką. Ok.  Podniósł trzy palce.
– Na rany Chrystusa, Gimpy, dajże mi piątaka.
– Masz kogoś innego. Czemu on nie da ci piątaka?
– Jest tak, jak mówiłem, walizka była pusta.
Gimpy kopnął lekceważąco walizkę.
– Jest cała pocięta i wygląda na brudną.
Powąchał podejrzliwie.  Co może tak  dziwnie śmierdzieć? meksykańska skóra?
– Czy ja robię w skórzanym biznesie?
Gimpy wzruszył ramionami.
– Możliwe.
Wyciągnął rulon banknotów, wyłuskał trzy dolarówki, i rzucił na stół przed serwetnikiem.
– Bierzesz?
– Ok.  Danny pozbierał pieniądze.
– Widziałeś George Greka?  – spytał.
– Gdzieś ty się podziewał? Zapuszkowali go dwa dni temu.
– Oh… to źle.
Danny odszedł.  Gdzie ja teraz załatwię?  – pomyślał. George Grek utrzymał się tak długo, że Danny myślał o nim jak o stałym elemencie.  Miał też dobrą herę, i nie  targował się przesadnie. Danny doszedł do rogu 103-ciej i Broadway’u. Nikogo na Jarrow’s. Nikogo w Automacie.
– Pewnie!  – warknął.
Wszyscy dealerzy gdzieś sobie przysypiają. Kto by przejmował się bliźnim? Dopóki sami mają co wlać w kanał, napewno nie będą martwić się chorym ćpunem. Wytarł nos palcem, ukradkiem rozglądając się wokół. Nie było nikogo znajomego na 23-ciej Thompson.
– Boże  – pomyślał. Gdzie są wszyscy?
Wczepił się jedną ręką w kołnierz płaszcza, spoglądajac w górę i w dół ulicy.  To Joey z Brooklynu. Skądś znałem ten kapelusz.
Joey odchodził, plecami zwrócony  w stronę Danny’ego. Odwrócił się. Twarz miał zapadniętą, czaszkowatą. Szare oczy świeciły spod  przetłuszczonego kapelusza. Joey pociagał nosem w regularnych interwałach a oczy miał wilgotne.
– Nie ma sensu go pytać  – pomyślał Danny. Spoglądali na siebie z mieszaniną niechęci i rozczarowania.
– Sadzę, że słyszałeś o George Greku   – rzekł Danny.
– Taa. Słyszałem. Byłeś na 103-ciej?
– No. Właśnie stamtąd wracam. Nie ma nikogo.
– Nikogo i nigdzie  – rzekł Joey.  Nawet nie można załatwić prochów.
– Cóż, wesołych świąt, Joey. Do zobaczenia.
– Taa. Trzymaj się.
Danny szedł szybko. Przypomniał sobie o jednym doktorku na 18-stej. Rzecz jasna, gość mówił mu, żeby się już nie pokazywał. Wciąż jednak można było spróbować. Kamienica z piaskowca z wizytówką w oknie: P. H. Zunniga, M.D. Danny nacisnął dzwonek. Usłyszał powolne kroki. Drzwi otworzyły się, doktor spojrzał na Danny’ego brązowymi oczyma nabiegłymi krwią. Nie rzekł nic. Chwiał się tylko, patrząc na Danny’ego.  Przeklęty alkoholik  – pomyślał Danny. Uśmiechnął się.
– Wesołych świąt, doktorze.
Doktor nie odpowiedział.
– Pamięta mnie pan, doktorze?  Danny próbował  wślizgnąć się za jego plecami do domu.
– Przykro mi, że niepokoję pana w święta, ale znów miałem ten atak.
– Atak?
– Tak. Nerwoból mięśni twarzy.
Danny wykrzywił połówkę twarzy w straszliwym grymasie. Doktor z lekka odskoczył, i Danny wcisnął się do ciemnego hallu.
– Lepiej zamknąć drzwi, można nabawić się kataru  – rzekł jowialnie, trzaskając drzwiami.
Doktor patrzył na niego, jego oczy wyraźnie szukały ostrości.
– Nie mogę dać ci recepty  – rzekł.
– Ależ doktorze, ten przypadek jest uzasadniony. Nagły wypadek, pan rozumie.
– Żadnych recept. To niemożliwe. To niezgodne z prawem.
– Składał pan przysięgę, doktorze. A ja konam.  Głos Danny’ego zazgrzystał histerycznym lamentem.
Doktor skrzywił się i przyłożył dłoń do czoła.
– Niech pomyślę. Mogę dać ci jedną tabletkę, ćwierć grana. To wszystko, co mam w domu.
– Ale, doktorze – ćwierć g…
Doktor mu przerwał.
– Jeśli przypadek jest rzeczywiście zasadny,  więcej nie potrzebujesz.
– Jeśli nie jest, nie chcę mieć z tobą do czynienia. Poczekaj tutaj.
Doktorek wytoczył się z hallu, pozostawiając opar alkoholowego oddechu. Wróciwszy, upuścił tabletkę w dłoń Danny’ego. Danny owinął ją w kawałek papieru i dobrze schował.
– Jest bezpłatna.  Doktor położył dłoń na gałce drzwi.
– A teraz, kochany…
– Ale, doktorze, czy nie mógłby pan podać tego leku w zastrzyku?
– Nie. Uzyskasz dłuższe działanie przy użyciu doustnym. Proszę nie zwymiotować.
Doktor otworzył drzwi.
– Cóż, trochę to pomoże, a ja wciąż mam kasę na pokój  – pomyślał Danny. Danny zapłacił 2 dolce za pokój (sześć za tydzień) w West Forties, gdzie znał właściciela. Zablokował drzwi i położył łyżkę, igłę i zakraplacz na stołku koło łóżka.
Umieścił tabletkę na łyżce i zalał odpowiednią ilością wody. Potrzymał zapałkę pod łyżką, dopóki tabletka się nie rozpuściła. Oddarł strzępek papieru, zamoczył go i owinął końcówkę zakraplacza mocując igłę na wilgotnym papierze tak, by nie przepuszczała powietrza. Wrzucił kłaczek ze swej kieszeni do łyżki i wessał do zakraplacza płyn przez igłę,
przytrzymując ją na filterku tak,  by zebrać wszystko do ostatniej kropli. Dłonie Danny’ego drżały z podniecenia a oddech przyspieszył. Gdy strzał był tak blisko, mechanizm obronny  słabł, a heroinowy głód przypuścił atak na ciało.
Nogi zaczęły mu drżeć i bolały. Żołądek chwyciły kurcze. Łzy spływały po twarzy ze szczypiących, palących oczu.
Owinął prawe ramię chustką, przytrzymując jej koniec zębami. Zamocował chustkę i zaczął trzeć przedramię, by żyła wyszła na wierzch.
– Myślę, że mogę podać w tę  – pomyślał, przejeżdżając palcem po żyle.
Ujął zakraplacz w lewą dłoń. Danny usłyszał jęk z pokoju obok. Skrzywił się z irytacją. Kolejny jęk. Nie mógł tego słuchać.
Przeszedł wzdłuż pokoju z zakraplaczem w ręku i przyłożył ucho do ściany. Jęki powtarzały się w regularnych interwałach, okropny, nieludzki dźwięk wyrywany jakby z trzewi. Danny słuchał przez pełną minutę. Wrócił do łóżka i siadł na nim.
– Czemu ten ktoś nie wezwie lekarza?  – pomyślał wściekły.  To dołujące.
Wyprostował ramię i uniósł igłę. Przechylił znów głowę, nadsłuchując.
– Och, na rany Chrystusa!
Zerwał chustkę i odłożył zakraplacz do szklanki, którą schował za koszem na śmieci. Przeszedł przez hall i zapukał do drzwi sąsiedniego pokoju. Nie było odpowiedzi. Jęki nie ustawały. Danny pchnął drzwi. Ustąpiły. Roleta była podniesiona i  pokój był zalany światłem. Spodziewał się tam kogoś starego, ale gość na łożku był bardzo młody, 18 – 20, w pełni ubrany i zgięty wpół, z rękami zaciśniętymi na żołądku.
– Co z tobą, dzieciaku?  – spytał Danny.
Chłopak popatrzył na niego, oczy miał zasnute bólem. W końcu wydusił jedno słowo:
– Nerki.
– Kamienie nerkowe?  uśmiechnął się Danny.
– Nie żeby to było śmieszne,stary. Po prostu… udawałem to wiele razy.
– Ale nigdy nie widziałem tego naprawdę. Zawołam karetkę.
Chłopak przygryzł wargę.
– Nie przyjedzie. Doktor nie przyjedzie.
Chłopak schował twarz w poduszkę. Danny przytaknął.
– Myślą, że kolejny ćpun robi szopki dla zdobycia  strzału. Ale twój przypadek jest prawdziwy.
– Może gdybym poszedł do szpitala i wyjaśnił… Nie, sądzę, że to kiepski pomysł.
Danny zamilkł. Naraz wyciągnął swą chudą, brudną rękę i dotknął ramienia chłopca.
– Przepraszam, dzieciaku. Poczekaj. Zaraz cię nareperuję.
Wrócił do swego pokoju, wziął zakraplacz i wrócił do pokoju chłopca.
– Podwiń rękaw, dzieciaku.
Chłopiec szarpał kurtkę osłabłymi dłońmi.  OK. Już to mam. Danny rozpiął guzik mankietu i podwinął  mu rękaw, obnażając chude, brązowe przedramię. Danny zawahał się, patrząc na zakraplacz. Pot płynął mu wzdłuż nosa. Chłopiec patrzył.
Danny wepchnął igłę w ramię chłopca patrząc, jak płyn znika w ciele. Twarz chłopca zaczęła się odprężać, usiadł i uśmiechnął się.
– To naprawdę działa  – rzekł.  Jest pan doktorem, proszę pana
– Nie, dzieciaku.  Chłopiec wyciągnął się.
– Czuję się naprawdę senny. Nie spałem całą noc.  Jego oczy zamykały się.
Danny przeszedł przez pokój  i opuścił roletę. Wrócił do pokoju i zamknął drzwi, nie zabezpieczając ich. Siadł na łóżku, patrząc na pusty zakraplacz. Robiło się ciemno. Całe ciało Danny’ego było bólem braku heroiny. Teraz ból był mdły, mdły i beznadziejny. Nagle gorące uderzenie zapulsowało w jego żyłach i rozprysło się pod czaszką jak tysiąc złotych strzałów.
– Na rany Chrystusa  – pomyślał Danny.  Musiałem załatwić naprawdę zajebisty strzał!
Nieziemski heroinowy spokój  wlewał się w jego tkanki. Twarz rozluźniła się i zagościł nań spokój, głowa ciążyła do tyłu.
Danny Złodziej Samochodowy odleciał.

Twórca przekładu nieznany

Podaj dalej.

W 30. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, uczestnicy marszu niepodległości w Warszawie natknęli się na swej trasie na podświetlane, krytyczne reklamy („CityLighty”) rozstawione w różnych częściach miasta. Citylajty rozlepiano parami obraz-tekst.

Do legalizacji „Solidarności” w 1989 dochodziliśmy z wielkim trudem. Z czego wynikały główne obawy i opory? Chociaż mijały lata, to na wszystkich szczeblach władzy pozostawał strach po minionej sytuacji. Obawiano się najbardziej obecności „Solidarności”  w zakładach pracy. Istniało przekonanie, iż jej działalność ożywi tak charakterystyczne w 1981 roku anarchosyndykalistyczne tendencje. Czy można było wtedy przewidywać, że przyjdzie kapitalizm, że zredukuje i spacyfikuje robotników, że bicz bezrobocia utrzyma w ryzach roszczenia, strajki i protesty?
gen. Wojciech Jaruzelski
„Refleksje rocznicowe”

Gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z „Solidarnością” jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało. Zapewniam Cię, gdyby „Solidarność” 1989 roku miała siłę z 1981 roku, to naszego systemu w Polsce by się nie zbudowało. „Solidarność” była niczym innym, jak zinstytucjonalizowanym w związek zawodowy groźnym buntem społecznym, który rządził się sam, bez liderów.
Jarosław Kaczyński
„My” (1994), „Czas na zmiany” (1993)

Solidarność” wbrew ostrzeżeniom Kościoła eskalowała konflikt z władzą. Odmówiła porozumienia z Partią, mimo że Wałęsa 4 listopada 1981 roku zgodził się na nie razem z Księdzem Prymasem. Ruch zdyskwalifikował wtedy Wałęsę, wymówił mu służbę. Do czasu stanu wojennego „Solidarności” nie dało się kontrolować.
Arcybiskup Dąbrowski
Rozmowy watykańskie” (PAX., 2001)


Stan wojenny stłumił potężną falę aktywności społecznej i zniszczył powstałą bezpośrednią demokrację. Wybory czerwcowe 1989 r. nie były świętem demokracji – były jej złudzeniem. Wybory raz na ponad tysiąc dni, zamiast stałego wpływu na swoje życie – to nie demokracja, to dyktatura iluzji. Dziś nasze codzienne wybory zredukowano najwyżej do oferty kredytu na mieszkanie, względnie – marki piwa, którym zapijamy nędzę życia na kredyt.

Wprowadzając stan wojenny, niszcząc pierwszą „Solidarność”, Jaruzelski utorował drogę Balcerowiczowi. Nowe władze uważały silne samorządy pracownicze za główne zagrożenie dla systemu. Gdyby dawna „Solidarność” istniała w 1989 r., nie pozwoliłaby na dzisiejszy kapitalizm.

Władza nie widzi w nas ludzi, a „zasoby ludzkie” – jesteśmy dla niej warci nie więcej niż towar. Zanim system wyrzuci nas na śmietnik, musimy znów wziąć życie w swoje ręce.

Prawdziwe przesłanie Solidarności brzmi: Przestań ufać partiom, wymów służbę, przejmij inicjatywę, organizuj się!